To był spontaniczny wyjazd. Cel: trasa R-10 wzdłuż Bałtyku. Szlak R10 jest częścią większego międzynarodowego szlaku rowerowego EV10, części projektu EuroVelo. Na terytorium Polski trasa przebiega przez obszar trzech województw: zachodniopomorskiego, pomorskiego i warmińsko-mazurskiego i w dużej części pokrywa się z tzw. „Szlakiem Latarni Morskich” 

Po raz pierwszy o popularnym nadmorskim szlaku rowerowym R10 biegnącym wzdłuż polskiego wybrzeża dowiedziałam się na początku 2020 roku i od razu został wpisany ten szlak na moją bucket listę. Wiedziałam, że taki wyjazd to zarazem przygoda, aktywność, bliski kontakt z przyrodą i morzem, piękne widoki i ciekawe miejsca, różnorodność, emocje, wolność oraz wspomnienia na całe życie – czyli kombinacja dla mnie idealna. Potrzebowałam jeszcze tylko dobrego, spontanicznego, nie bojącego się szalonych pomysłów kompana. I tak zrodził się pomysł by zabrać na wyprawę Anię.

Niestety pandemia spowodowała, że przez moment wahałyśmy się czy ten śmiały pomysł uda się zrealizować. Jednak w pewnym momencie stwierdziliśmy, że musimy to zrobić TERAZ i tak padło na ostatni tydzień maja. Dzięki temu, że było przed sezonem, nie tylko łatwiej było znaleźć nocleg na jedną noc, ale przede wszystkim udało się uniknąć tłumów wczasowiczów. I chyba dzięki temu nasza relacja z Bałtykiem mogła być bardziej osobista  To była nasza pierwsza wspólna z Anią wyprawa rowerowa z sakwami i na pewno nie ostatnia!

Południowe wybrzeże Bałtyku jest wprost idealne dla turystyki rowerowej – umiarkowany klimat, różnorodne i piękne krajobrazy, mała gęstość zaludnienia i rozproszone osady. Niestety warunki pogodowe są bardzo istotne dla powodzenia takiej wyprawy, stąd w grę wchodzą raczej ciepłe miesiące maj-wrzesień.

Dzień pierwszy-ruszamy w stronę….morskiej przygody

Wstaję o godz 5:00…nie mogę dłużej wyleżeć w łózku. Po załadowaniu rowerów (sztuk 2 ) do samochodu, sakw, torb z prowiantem ruszamy ok 11:00 na północ Polski. Do Gdańska, gdzie mamy określony cel przybywamy ok godz 16:30. Szybko ogarniamy miejscówkę i wieczór spędzamy na zwiedzaniu tego miasta. Gdańsk należy do najstarszych polskich miast, o ponad tysiącletniej tradycji z jednym z najcenniejszych zespołów zabytkowych w Polsce. Gdańsk był świadkiem wydarzeń, które miały wpływ nie tylko na historię naszego kraju, ale i świata. Właśnie to miasto uznaje się za symboliczne miejsce wybuchu II wojny światowej, także tu powstała Solidarność.  Liczne zabytki, ciekawa historia oraz dogodne położenie nad morzem Bałtyckim powoduje, że to najpiękniejsze i najciekawsze miasto w Polsce.

Gdańsk to istny raj dla fotografów. Gdyby jednak sprawdzić wszystkie aparaty fotograficzne i telefony, to okaże się, że w każdym znajduje się zdjęcie Fontanny Neptuna. Ten 650-kilogramowy posąg można uznać za najbardziej charakterystyczną wizytówkę Gdańska.

Od Złotej Bramy zaczyna się Droga Królewska. Właśnie tu znajduje się serce miasta Gdańsk, które należy odwiedzać wiele razy, by dojrzeć szczegóły budynków oraz poczuć jego urok w dzień i w nocy.

Gdyby spytać turystę z zagranicy, z czym kojarzy się mu Gdańsk, prawdopodobnie w pierwszej kolejności wymieni Żurawia. Jest on nie tylko jednym z symboli miasta, ale i Polski. Ten największy i najstarszy z zachowanych dźwigów portowych średniowiecznej Europy zbudowano w latach 1442-1444. Spełniał on dwie funkcje – służył do stawiania masztów i przeładunku towarów, a jednocześnie był bramą miejską.

Dzień drugi- w stronę Półwyspu Helskiego

„Czymże jest życie, jeśli nie szeregiem natchnionych szaleństw? Trzeba tylko umieć je popełniać! A pierwszy warunek nie pomijać żadnej sposobności, bo nie zdarzają się co dzień”

Rano następnego dnia szybko przepakowaliśmy się do sakw, dokonaliśmy zmiany ubrań na wersję bardziej sportową i ruszyliśmy w wymarzoną trasę.

Przez Gdańsk jechało nam się naprawdę bardzo dobrze. Bardzo pozytywnie zaskoczył nas fakt, że większość ścieżek rowerowych jest tam pokryta nowym asfaltem, dzięki czemu jedzie się po nich gładko jak „po stole”.

Jedziemy więc przez Sopot. Ogromną niespodzianką na naszej trasie okazał się widok morza wyłaniający się nagle przed nami po wjechaniu na sopocki deptak. Radość nasza była niesamowita, Cieszyłyśmy się jak małe dziewczynki, które spełniły swoje marzenia. Dla takich chwil…..pomyślałam warto żyć.

Zostawiamy rowery na początku piaszczystej plaży i pobiegłyśmy podskakując wysoko i śmiejąc się głośno jak małe dziewczynki…chwilo trwaj  Tak niewiele i tak dużo – uważność nie zawiodła umiałyśmy trwać w tej chwili. Podróż nasza trwała dalej więc po chwili ruszamy w kolejny etap trasy. W Gdyni ten „rarytas” drogowy niestety się skończy. Tamtejsza infrastruktura rowerowa pozostawia wiele do życzenia. Większość drogi spędziliśmy na ruchliwych ulicach lub wąskich, nierównych chodnikach. Jadąc przez Gdynię, kierowaliśmy się w stronę łąk, aby przejechać tamtędy do Pucka i kierunek obrać na Hel. Po drodze uciekając przed burzową chmurą natknęliśmy się na Rezerwat Przyrody Beka. Mimo iż nasze nogi dosyć szybko uruchomiły pedały naszych jednośladów nie sposób było nie zauważyć otaczającego nas piękna tego miejsca.

Jest to miejsce, które powinno być punktem obowiązkowym każdej wycieczki nad morzem. Otaczająca nas po horyzont przyroda, widoki zalewów, co chwile podrywających się do lotu czapli sprawiły, że to miejsce niezmiernie utkwiło nam w głowach i wspominamy je aż po dziś dzień. Po raz pierwszy raz w życiu widzieliśmy tak dużo gatunków ptaków, zwierzyny w jednym miejscu. To naprawdę robi ogromne wrażenie. Po drodze znajdziemy informacje na temat żyjących tam gatunków i o występującym ekosystemie.

Od Pucka, trasa prowadziła nas przy samym morzu, co było ogromną atrakcją podczas tej podróży. Do Władysławowa dojechaliśmy szybciej niż się tego spodziewaliśmy. Pewnie dlatego, że cały czas za nami widniała wizja ulewy z tej ” czarnej chmury’ , która towarzyszyła nam przez ostatnia godzinę.

Droga z Władysławowa aż na Hel jest świetnie przygotowana i jedzie się bardzo przyjemnie. W wielu miejscach widoki na morze i zatokę są po prostu wspaniałe. Za Chałupami – widać z jednej strony morze a z drugiej zatokę! Warto zatrzymać się na chwilę, pooglądać windsurferów czy kitesurferów oraz odpocząć na kameralnej plaży.

Na trasie odwiedzamy kolejno Kużnicę z pięknym molo i małą piaszczystą plażą oraz niewielkim portem rybackim.

W Kużnicy zatrzymujemy się dłużej. Słońce nieśmiało przebija się przez pochmurne niebo a my cieszymy się tą namiastką promieni słonecznych i wyciągamy twarz w ich stronę.

Następnie mijamy po drodze Jastarnię (port rybacki i jachtowy) i w kolejności Juratę. Nie zatrzymujemy się w tych miejscach na dłużej ponieważ na dzień jutrzejszy zaplanowałyśmy zobaczenie tych okolic. Za Juratą płaska ścieżka rowerowa przechodzi w pagórkowatą ubitą drogę z korzeniami i małymi podjazdami, jednak mowa tu raptem o kilku ostatnich kilometrach. Ostatnie kilometry prawie nas pokonały. Odliczałyśmy już każdy przejechany kilometr z nadzieją, ze za chwilę zobaczymy cel. Tak czy siak, cudownie było przejechać się wzdłuż półwyspu i rozkoszować pysznymi widokami na niektórych odcinkach- a to jechaliśmy zaraz przy samej Zatoce, a to ginęliśmy w tunelu dzikich róż, za innym razem sunęliśmy trasą z widokiem na piękne molo (brawo Jurata!), aby pod koniec trasy cieszyć się dzikością iglastego lasu.

Hel- niezwykła miejscowość na końcu (a wg obelisku na cyplu na początku) Polski. Po znaku drogowym Hel zostaje jeszcze 8 km jazdy drogą leśną przy drodze. Strasznie się dłuży ten odcinek, ale w końcu dojeżdżamy – to ostatni punkt naszej wyprawy na dzień dzisiejszy! Miejscowość sama w sobie jest bardzo ładna i charakterystyczna. Są tu m.in. ładne plaże, fokarium, fortyfikacje, wiele punktów militarnych, tradycyjna zabudowa rybacka (ul. Wiejska), Muzeum Rybołówstwa w gotyckim kościele, spory port rybacki i latarnia morska.

Dzień trzeci….bez ości rybkę proszę

Gdy niebo łamie się jeszcze niezdecydowane między czernią nocy a jasnym złotem dnia budzę się nieśpiesznie celebrując poranek, bo jaki poranek taki cały dzień. Zaparzam kawę i jej aromat budzi moja przyjaciółkę. Obolałe mięsnie wołają zostań w ciepłym łóżku i podświadomie krążą myśli po co wstawać? Zaczynać męczarnie we własnym zakresie gdy nikt nic od nas nie wymaga? Gdy w grafiku mamy wolne? Gdy czas mamy po swojej stronie? No właśnie? Bo fajnie byłoby coś zrobić? Coś zobaczyć? Jechać dalej? Zrobić ten krok, by potem z dumą już wieczorem- rzucić spojrzenie znad szczoteczki do zębów i spojrzenie to przyjąć. I dumnie z lekkim uśmiechem stwierdzić zrobiliśmy coś więcej! A nie musieliśmy!!

Zaczynamy podróż od spaceru po ul. Wiejskiej wzdłuż rybackich osad Mijamy muzeum rybołówstwa aż docieramy do portu z kąd wypływają statki do Gdyni, Gdańska i Sopotu. Miasteczko rano jeszcze spowite jest mgłą a my przemierzamy tą turystyczną osadę niespiesznie kierując się w stronę naszego kolejnego celu czyli Jastrzębiej Góry. Po drodze chcemy odwiedzić turystyczne miejsca. W miejscowej piekarni kupujemy ciasto marchewkowe a pani z uśmiechem pakuje nam je na drogę. Wiemy , ze kolejny nasz postój to kawa i aromatyczne ciasto. Droga wiedzie wzdłuż linii morza , której nie zawsze udaje nam się dostrzec z trasy. Mijamy ponownie Juratę i piękną, pustą plażę, Jastarnie z latarnią morską.

To najniższy tego rodzaju obiekt na polskim wybrzeżu. Jej całkowita wysokość to około 17 metrów. Latarnia jest pomalowana w biało-czerwone pasy i nie jest udostępniona do zwiedzania.. Podziwiamy ją z zewnątrz i jedziemy dalej. Po kilku kilometrach dojeżdżamy do Chałup – tutaj schodzimy z rowerami na plaże pomostem który wieńczą dwie ławki. Idealna miejscówka na kawę. Wyciągamy się leniwie na nich i już delektujemy się tą chwilą gdzie aromat kawy, który uwalnia się w momencie zderzenia wody z fusami, smaki, które zalewają kubki smakowe tuż po zrobieniu pierwszego łyka robią nam dzień. Mam wrażenie, że odpoczynku tak samo trzeba się nauczyć jak pracowitości…. Ale teraz to odpoczynek się liczy:)

Władysławowo to kolejne miejsce gdzie zatrzymujemy się dając odpocząć naszym mięśniom, tym, które mają bezpośrednią styczność z siodełkiem:). W miasteczku wstępujemy do muzeum motyli, wszak to owady które żyją zaledwie kilka dni zachwycając na całe życie.

Wyjeżdżając z Władysławowa kierujemy się w stronę Rozewia. Chcemy zobaczyć latarnie morską w Rozewiu.

Latarnia w Rozewiu to najstarsza tego typu budowla na polskim wybrzeżu, dodatkowo w jej wnętrzu znajduje się małe muzeum, posiadające w swych zbiorach przekrój latarni morskich od starożytności do dzisiaj. Znajduje się ona na Przylądku Rozewie, najdalej na północ wysuniętej części Polski, w gminie  Władysławowo, pomiędzy miejscowościami Jastrzębia Góra i Chłapowo. Latarnia była wielokrotnie podwyższana, a obecnie jej konstrukcje stanowi murowana podstawa i metalowa wieża. Wysokość latarni to 32,7 m. Wow kolejna latarnia ….obejrzana z bliska!

W Jastrzębiej Górze jesteśmy póżnym popołudniem. Po zameldowaniu się w wybranej kwaterze idziemy nacieszyć nasze zmysły widokiem morza. Chcemy zobaczyć piękne, piaszczyste i szerokie plaże, widok morza zlewającego się z niebem, usłyszeć szum fal i poczuć ten specyficzny mikroklimat, którego możemy doświadczyć właśnie tutaj.

Nic nie może równać się z odpoczynkiem na pustej plaży, gdzie chłodna bryza delikatnie smuga twarz, a my zatapiamy swoje myśli w głębi horyzontu. Nic nie może równać się ze spacerem o zachodzie słońca, kiedy niebo staje się purpurowe a zachód słońca jest piękniejszy niż gdziekolwiek w tym czasie, ani z miękkim, złocistym piaskiem zapadającym się pod naszymi stopami.

Dzień czwarty….jak o mało nie utknęłyśmy w 

Zgodnie z tym co sobie zaplanowałyśmy wybrałyśmy się na wycieczkę aby zobaczyć ruchome wydmy lubartowskie oraz latarnie morską w Stilo. Jazda rowerem bez sakw przy naszych rowerach wydawała się być beztroską przejażdżką…. Droga prowadzi do Dębek. Nawierzchnia wyłożona betonowymi płytami po pewnym czasie wydaje się rytmicznie uderzać wraz z naszym pedałowaniem do przodu. Dębki zastajemy śpiące bez ruchu , z pozamykanymi punktami gastronomicznymi i nie otwartymi w sezonie straganami… no tak covid i tutaj dotarł. Szybko mijamy to opustoszałe miejsce i jedziemy przez las utwardzoną nawierzchnią w stronę ruchomych wydm lubartowskich. Ten odcinek trasy mocno dał nam się we znaki. Droga wyłożona korzeniami, wyboista i pełna nierówności. Po około 8 km wjeżdżamy w las.

Tym czasem ścieżki prowadzące przez las, wzdłuż wydm i pól to świetne i dobrze oznaczone szlaki rowerowe. Obawiałyśmy się, że trasy będą zapiaszczone jak to przy wydmach, ale nic z tych rzeczy. Ścieżki są dobrze przygotowane, twarde i szerokie.

Dojeżdżamy od głównej atrakcji tego dnia czyli ruchomych wydm. Była to moja pierwsza wizyta w tym miejscu i szczerze mówiąc byłam sceptycznie nastawiony czy warto tracić tyle czasu dla jakiejś tam kupy piasku. Z Jastrzębiej Góry gdzie spałyśmy trzeba było podjechać ok 15 km w jedną stronę a później jeszcze jechać dalej w stronę latarni w Stilo. Obawiałam się, że znów będziemy się ścigać z dniem i nie w pełni będzie to coś co warto jest zobaczyć. Jednak uczucie które towarzyszyło mi wchodząc coraz to wyżej po zboczach wydm, było zaskakujące. Mieszało się zdziwienie, podziw, ale również satysfakcja, że jednak zdecydowałyśmy się tu dotrzeć. Polecam, zatrzymać się i wsłuchać się w dżwięk wydmy. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, przesuwany piasek wygrywa melodię, a jej dżwięk otula ciszę tego miejsca. Po krótkich wygłupach na piasku, czas na nas.

Po dłuższym odcinku leśnym, który z czasem jest jednak trochę męczący, dotarłyśmy w okolice latarni Stilo. Jeszcze tylko mały podjazd na samą górę i już cieszyliśmy oczy jedną z ulubionych nadbałtyckich latarni. Przyznajcie, że wygląda dokładnie jak z bajkowego rysunku. Otoczenie wokół latarni też nas zachwyciło. Piękny las, wydmowy teren, piaszczysta plaża i stroma ścieżka prowadząca wprost do latarni. Byłyśmy tym miejscem oczarowane, choć trafiłyśmy na czas w którym latarnia była zamknięta.

Za Stilo skręcamy za znakami wskazującymi na ,,wrzosowe tarasy”. My jednak gubimy szlak i jedziemy trasą, która na mapie wyglądała na równoległą i ,,równie dobrą”. Niestety masa piachu pod kołami pozwoliła nam zrozumieć, że należało się trzymać podstawowej trasy. Dopiero po kilku kilometrach spotkaliśmy dwóch rowerzystów, którzy pokierowali nas na trasę bliżej morza- doskonałą ubitą drogę leśną, chyba świeżo wytyczoną przez leśnictwo. Kręcąc wśród wrzosowisk zbaczamy na jedno z leśnych wejść na plażę- plażę oczywiście zupełnie pustą.

Nie umiałyśmy odmówić sobie przyjemności zatrzymania się tutaj na krótką przerwę sponsorowaną przez „Vifon” he he. Nauczyłam się cieszyć chwilą, cudownym zapachem morskiej bryzy, który daje poczucie świeżości, smakiem najprostszej potrawy zjadanej w otoczeniu tych urokliwych miejsc. Nauczyłam się, że wstając rano tutaj, wiem, że nic nie muszę. Nie muszę iść do pracy, planować zadań na nadchodzący dzień, robić zakupów, sprzątać i gotować. Mogłam z premedytacją „trwonić” czas na to, na co miałam akurat ochotę. Celowo użyłam tutaj słowa „trwonić”, które jest nacechowane negatywnie, ale ja nadałam mu na tym wyjeździe zupełnie inny wydźwięk. Bo marnowanie czasu, na to by być bliżej siebie, drugiego człowieka i natury, na zasłużony odpoczynek, jest wręcz wskazane!

Wracając do miejsca z którego rozpoczęłyśmy dzisiejszą wyprawę kompletnie się pogubiłyśmy… Ani mapy, ani Google Maps nie były w stanie nam tutaj pomóc i dopiero po dłuższym topograficznym wysiłku znaleźliśmy żółty szlak rowerowy w kierunku Białogóry. Nie wiedziałyśmy, że ten krótki odcinek będzie wymagał od nas naciskania mocniej na pedały, brnięcia po bagnistym terenie czy wręcz prowadzenia naszych rowerów, bo zarówno piasek jak i podmokły teren nie ułatwiały nam dotarcie do Dębek. Ale czy nie chciałyśmy zmierzyć się z pokonywaniem własnych słabości? Droga z Dębek jest już tylko kwestią kilkunastu km. ale jest dobrze oznaczona i asfaltowa nawierzchnia ułatwia poruszanie się.

Dzień piąty….. morza szum, ptaków śpiew

Rano słońce nieśmiało zagląda do nas przez koronkową firankę misternie upiętą przez właścicielkę pensjonatu. Po porannych rytuałach , dobrym śniadaniu i kawie jedziemy w stronę Gdańska. Mamy do przejechania ok 80 km. Po kilku km moja przyjaciółka oznajmia mi, ze nie wraca ze mną do Gdańska rowerem. Chce we Władysławowie wsiąść do pociągu i pokonać część trasy pociągiem. Rozumiem ją, nie przekonuję, nie oceniam. Ja chcę przejechać rowerem ten odcinek nawet w pojedynkę. W Chłapowie zatrzymujemy się przy plaży i pomimo stromego zejścia po schodach postanawiamy spędzić tam jakiś czas. Mam ochotę wskoczyć do Bałtyku i z radością spoglądam w niebo, gdzie słońce lokuje się na dobre.

We Władysławowie odprowadzam Anię na pociąg i ruszam dalej sama. Lubię czasami pobyć sama ze sobą w podróży…. Mam okazję zbadać swoje granice, dostrzec lęki i małe radości. Poznaję samą siebie i dowiaduję, że nie potrzebuje wielu rzeczy bez których w domu nie mogę żyć. W czasie podróży nie mam najmniejszej potrzeby, żeby się malować. Ale czuję się paskudnie nie posiadając przy sobie kilku atrakcyjnych ciuchów czy ulubionych kolczyków. Mogę nie oglądać TV przez miesiąc, ale skaczę ze szczęścia znajdując czas na dobrą książkę. Dowiaduję się, co kocham najbardziej i przekładam to na życie po powrocie do domu. Za każdym razem czuję, że znam siebie odrobinę bardziej. Lepiej.

Jadąc sama mam możliwość skupienia się na drodze bardziej, z uważnością rozglądam się wokół siebie. To ode mnie zależy czy nie przejadę jakiegoś drogowskazu czy bocznej drogi. Droga którą jadę jest utwardzona i prowadzi mnie przez Mierzeję Helską do Pucka. Mijam rozlewiska wodne, małe wioski, pola i łąki. Przyglądam się rybakom wyciągającym sieci z wody pełne ryb, pozdrawiam ich uśmiechem a oni machają do mnie rękami. Tak piękny jest ten dzien.

W Sopocie spotykam się z Anią….idziemy zjeść rybkę z frytkami i już razem wracamy do Gdańska. A z Gdańska po spotkaniu ze znajomą i dobrym ciastku przy kawie wracamy autem do domu. To była niezwykła przygoda. Jak mogę opisać tę drogę by zachęcić innych do przejechania jej nawet w niewielkim odcinku.

Droga jest różnorodna pod wieloma względami. Prowadzi drogami leśnymi, polnymi i mało uczęszczanymi asfaltowymi ścieżkami rowerowymi. Zdarzają się również błotniste odcinki i torfowiska. Jechałyśmy po piasku, żwirze, kostce, płytach betonowych, kocich łbach. Czasami trasa odchodzi od linii brzegowej, a czasami można jechać tuż przy plaży słysząc dźwięki fal. Niestety oznakowanie szlaku nie jest idealne, a czasami drogowskazów i tabliczek szlakowych wręcz w ogóle nie ma, więc koniecznie trzeba posiadać ze sobą mapy, aby nie pobłądzić. Trasa obfituje w liczne punkty widokowe, jeziora, rzeki, lasy, łąki, zabytki, niemal dzikie plaże, a także rezerwaty przyrody z bogatą fauną i florą (widzieliśmy tuż przy trasie m.in. sarny, łasice, bociany, czaple).

Szlak określony jest jako łatwy i głównie równy (nieliczne podjazdy). Łączna nasza przejechana długość to trochę ponad 400 km.

Woziliśmy wszystko ze sobą w sakwach rowerowych, a spaliśmy głównie w prywatnych kwaterach. Na szlaku nie ma problemu z noclegiem. Przyjeżdżaliśmy wieczorem do danej miejscowości, szukaliśmy noclegu i bez problemu udawało nam się noclegi znależć. Zaletą tej formy podróżowania są bardzo niskie koszty – łącznie wyjazd wyniósł nas niewiele ponad 800 zł na dwie osoby, w tym spanie, zakupy, jedzenie, paliwo.

Niezależnie od tego, czy przewidujesz sukces czy porażkę, masz rację”Jedyną rzeczą jaka Cię ogranicza jest brak wiary w siebie samego. Nie ma w tym nic odkrywczego, że Ludzie, którzy mówią: “Nie umiem i nie mogę”, naprawdę nie mogą, zaś Ci którzy mówią: “Mogę i potrafię” – rzeczywiście mogą!

7 Thoughts on “Rowerem pod wiatr….wzdłuż Bałtyku”

    • Witam. Całkowicie się z Tobą zgadzam. Tak często tłumaczymy się , ze nie robimy czegoś bo nie mamy pieniędzy, nie mamy czasu, nie mamy wsparcia. A to wsystko zależy od nas. To siedzi w nas, w naszej głowie. Tobie również zyczę powodzenia i realizacji marzeń. Pozdrawiam.

    • Złożyłam sobie obietnicę, że NIGDY się nie poddam. Pozdrawiam. Dziękuje za ciepły komentarz.

    • Witam. Dziękuje za miłe słowa. To bardzo motywuje do dalszego pisania. Przez długi czas pisałam do szuflady, ale komentarze tutaj zamieszczone uświadomiły mi, ze fajnie jest cos pisać, coś co sprawia frajdę autorowi i czytelnikom.Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.