Jak dotrzeć i kiedy jechać?

Na mojej bucket liscie 100-u rzeczy do zrobienia w najbliższym czasie wyjazdy, podróże stanowią około 70% marzeń do zrealizowania. W związku z tym jak pojawił się pomysł wyjazdu do Meksyku nie zastanawiałam się wcale, czy to jest to miejsce które chciałabym odwiedzić, bo odpowiedz brzmiała – tak chcę zobaczyć Meksyk. Kraj ten znajduje się w strefie równikowej i zwrotnikowej, na Zwrotniku Raka. Znaczna jego powierzchnia znajduję się między Oceanem Spokojnym a Zatoką Meksykańską. Pora sucha trwa od listopada do maja, czyli wtedy, jak w Polsce jest zimno i wilgotno.. Najcieplej jest w porze polskiego lata, czyli między czerwcem a wrześniem. Wtedy temperatury mogą przekraczać 40 stopni. Pora deszczowa w tym rejonie trwa od drugiej połowy maja do października. Opady deszczu są krótkie lecz intensywne, jest wilgotno i mogą wystąpić huragany.

My wybieramy się do tego kraju w maju – zaraz po majówce. Lot z Krakowa przez Frankfurt trwa 18 godz. Cena biletu w obie strony to 2300 zł. Wiza nie jest potrzebna na wyjazd turystyczny do Meksyku. Wystarczy mieć paszport ważny minimum pół roku od daty planowanego wyjazdu. W samolocie otrzymujemy do wypełnienia formularz migracyjny, który należy oddać urzędnikom przy przekraczaniu granicy na lotnisku. Kopia zostaje dla nas i warto ją schować do paszportu, bo oddajemy ją opuszczając Meksyk.

Po przylocie do Cancun cofamy zegarki o 6 godz ( wg. aktualnej strefy czasowej tego miejsca) Aby wydostać się z lotniska, które znajduję się blisko centrum korzystamy z transportu autobusem linii ADO za 96 pesos, która znajduję się zaraz po wyjściu z lotniska głównym wyjściem po prawej stronie.

Jak poruszać się po Meksyku….. kilka wskazówek dla tych co nie lubią przepłacać.

Jeżeli chodzi o transport to nie ma problemów z poruszaniem się po mieście. Wszędzie kursują busiki ( tzw. colectivo czyli publiczne). Dojeżdżają do centrum i na terminal autobusowy ADO (przejazd kosztuje 10 pesos). Kursują co 15 min. Jeżeli chcemy dostać się do innego miasta w rejonie półwyspu Jukatan to również możemy skorzystać z colectivo. Na dłuższe trasy polecam jednak autobus ADO- jest wyposażony w klimatyzację, WC nawet w TV. Bilet możemy kupić na dworcu lub przez internet.

Jaką walutę zabrać ?

My zabraliśmy dolary amerykańskie, które w kantorze wymienialiśmy na meksykańskie pesos. Najlepszy kurs wymiany jest na międzynarodowych lotniskach. Czasami pesos oznacza się „S” przekreślonym jedna linią. Symbol przypomina znak dolara i powoduje nieporozumienia. Kurs 1 dolara to 19 pesos. Oczywiście kurs jest zmienny. ( kurs z maja 2021r. )

Co warto zjeść w Meksyku?

Jeżeli chodzi o kuchnie meksykańską to muszę przyznać, że miałam ograniczoną wiedzę na temat tej kuchni jadąc do tak ciekawego kulinarnie kraju. Wydawało mi się, że meksykańska zupa, to każda zupa z dodatkiem ostrych przypraw i fasoli a guakamole to avocado serwowane z czosnkiem, przegryzane z tacosami. A tymczasem już po wyjściu z autokaru w Cancun natrafiliśmy na uliczne stragany i małe przejezdne budki gdzie zapach potraw, aromat przypraw i różnorodność przekąsek zachęca do spróbowania i opanowania uczucia, że jest się głodnym.

Ta szalona mieszanka smaków niezmiennie pachnie świeżością przypraw, kolendrą, limonką i swojskością targowisk. I choć podstawą większości dań tak jak myślałam są fasola, chili i kukurydza, kuchnia meksykańska ma przecież o wiele więcej do zaoferowania! Kolory i intensywna woń przypraw panoszą się dumnie po meksykańskich uliczkach i zaułkach. A jest w czym wybierać. Wiele osób, które znam i podróżują, mają obiekcje dotyczące jedzenia ulicznego. My mamy dwie zasady – jemy tam, gdzie jest sporo lokalsów i jedzenie wygląda smacznie.

Tacos – najlepsze w Meksyku! Serwowane jest jako przekąska lub danie główne. Tacosy to po prostu placki z tortilli z mąki kukurydzianej lub pszennej. Najpopularniejsze są tutaj z mięsem wieprzowym, ananasem, cebulą, limonką i kolendrą. Dla wegetarian podawane z warzywami ( papryka, cukinia, cebula, kukurydza) pokrojonymi w słupki doprawione tabasco, miodem i chili w proszku oraz limonką . Na stole zawsze znajdują się pikantne salsy o różnej intensywności, dzięki czemu ostrość dania można samemu regulować. Ten słodko- pikantny smak zostanie z Nami na długo.

Tostadas to znana u nas tortilla która została podpieczona. Mogą się na niej znaleźć dowolne składniki. To coś pomiędzy kanapką, a tacosem. Chrupiąca tortilla zwykle jest serwowana z wieloma składnikami: mięsem, pokruszonym białym serem, awokado, pomidorkami, fasolą i salsami. Obok tostadas często na targach i ulicznych straganach występują tortas, czyli po prostu wielkie chrupiące bułki z jakimś rodzajem grillowanego mięsa, awokado, serem, majonezem i warzywami.

Tostadas

Marquesitas– to chrupiąca i słodka przekąska, którą można zjeść na ruchliwych ulicach Jukatanu. Ta słodka potrawa sprzedawana jest tylko w tej części Meksyku. To coś pomiędzy waflem, a naleśnikiem. Może być z zółtym serem, nutellą albo dżemem. Często podawane z owocami (banan, truskawka, kiwi) Ciasto wlewa się do specjalnej gofrownicy, zawija ze słodkościami w środku i zjada, gdy jest gorące i chrupiące! To dosyć dziwne połączenie smaków ale nie ukrywam intrygujące i pomimo, że było bardzo słodkie chętnie zatrzymywaliśmy się by rozkoszować się tą słodką chwilą. Marquesitas pochodzą z Meridy( stolica stanu Jukatan). Można je kupić w Cancun, Tulum, Isla Mujeres, Playa del Carmen i w wielu mniejszych miasteczkach na całym półwyspie Jukatan. Ponieważ uwielbiam słodkie potrawy dla mnie ta przekąska to numer jeden. I mimo, że próbowałam na podstawie przepisu z netu zrobić po powrocie do domu taką przekąskę- niestety to już nie było to. Więc jak macie możliwość skosztowania tego słodkiego i chrupiącego przysmaku w Meksyku nie odmawiajcie sobie, naprawdę warto.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 20210507_202444.jpg
Marquestas

Kolejną słodką przekąską z ulicy jest churros. Jest to wprawdzie hiszpańska słodkość, którą pierwszy raz skosztowałam na Cubie, ale znana jest i kochana w Meksyku. Tę przekąskę dostaniemy na każdym rogu. To smażone na głębokim tłuszczu pręciki z ciasta parzonego podawane z cukrem pudrem i czekoladą. W Meksyku można też dostać nadziewane słodką czekoladą.

Curros

Empanadas-my mamy pierogi, Meksyk i cała Ameryka Łacińska ma empanadas. Tak naprawdę empanadas swoje korzenie mają w Argentynie i to z tego kraju wyruszyły na podbój Ameryki Południowej. Przygotowywane są na dwa sposoby, smażone na głębokim oleju lub pieczone. Te drugie z całą pewnością są odrobinę zdrowsze, te pierwsze, smażone mają z kolei swój wyjątkowy smak. Tajemnica dobrych empanadas tkwi w cieście. Ma być chrupiące, a zarazem miękkie. A jeżeli chodzi o farsz to w Meksyku można je zjeść z mieloną wołowiną, z kurczakiem oraz z warzywami-można komponować smaki dowolnie wg uznania. Do tego ostry sos pomidorowy i już uruchamiamy zmysły smaku. Niesamowita głębia smaku!

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 20210523_141644-1.jpg
Empanada

Guacamole – kto nie zna smaku guacamole? To meksykański sos przyrządzany na bazie awokado. Guacamole swoje początki miał już w czasach azteckich. Oprócz awokado dodaje się także limonkę i sól. Poszczególne rodzaje mogą zawierać pomidory, paprykę chili, cebulę, kolendrę, Najczęściej podawany jest do tacosów, chipsów kukurydzianych.

Jeżeli chodzi o avocado, w pewnej knajpce dostaliśmy mus do picia z avocado i z mango. Mając do dyspozycji w hostelu blender namiętnie kupowaliśmy mango i avocado i raczyliśmy się tym musem. Oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie próbowała przemycić tych smaków w Polsce, ale niestety jakość owoców już nie jest taka sama, nie są słodkie i miękkie więc wymagały dosłodzenia daktylami, ale namiastka meksykańskiego smaku wróciła.

Zauważyliśmy że w Meksyku nie tylko jedzenie się liczy! Cała otoczka oraz to, co dzieje się dookoła stołu i w kuchni, proces przygotowywania i celebracja wspólnego posiłku – wszystko to jest dla Meksykanów ekstremalnie ważne. Często widziałam jak póżnym wieczorem wszyscy siadają do stołu i z uważnością spędzają ze sobą czas, bawiąc się wspólnie i dzieląc się energią przeżytych chwil. To więc nie tylko potrawy, ale przede wszystkim spotkanie, duży stół i radość z dzielenia się. Celebrowanie wspólnych posiłków i dbałość o pielęgnowanie tradycji sprawia, że tutaj jedzenie = fiesta!

Ceny jedzenia są porównywalne z polskimi, a na ulicznych straganach znajdziecie jedzenie jeszcze tańsze. Ja zawsze polecam miejsca gdzie jedzą miejscowi, gdzie jest tłoczno i mimo kolejki czasami warto poczekać. Takie miejsca gwarantują, ze zjemy smacznie i często taniej niż u konkurencji. Ale… jeśli myśleliście, że w Meksyku będziecie się objadać chili con carne czy burritos, to się zawiedziecie! Bo dania te za meksykańskie uważane są tylko… poza granicami Meksyku. Na szczęście jednak prawdziwa meksykańska kuchnia jest dużo lepsza niż ta, którą znamy z restauracji w Polsce.

Półwysep Jukatan

To bardzo popularny cel wyjazdów turystycznych. Cancun jest miejscem do którego przylecieliśmy. Jest również stolicą półwyspu Jukatan. To miejsce słynie z  luksusowych kurortów, z drogich restauracji i prywatnych plaż. Nie lubimy wybierać miejsc słynących z komercyjnych atrakcji, pełnych turystów i hałaśliwych , zatłoczonych miejsc. Więc plan mamy taki by zwiedzić Cancun i jechać w jakieś mniej zaludnione miejsce- aby poczuć klimat Meksyku. Czy można znaleźć zatem na Jukatanie miejsca spokojne, niezadeptane a przy tym piękne? Co warto zobaczyć? Czego doświadczyć? Jak spędzić udany urlop? Oto co udało nam się zobaczyć w tym kraju.

Cancun

Miasto zostało stworzone od podstaw w latach 70-tych na potrzebę przemysłu turystycznego. Spacerując wzdłuż pięknych plaż ciągnących się wzdłuż licznych hoteli trudno w to uwierzyć. Plaże tutaj w większości są prywatne, należą albo do hoteli, beach barów czy innych restauracji albo do osób fizycznych. Oznacza to, że nie dostaniemy się na nie ot tak, z drogi, jak to ma miejsce w Europie. Mało tego, plaż nie da się zobaczyć zanim na nie się nie wejdzie, ponieważ od drogi oddzielone są gęstą dżunglą i przejeżdżając wzdłuż całej Riwiery w żadnym miejscu nie widać plaży z drogi. Ma to tę zaletę, że plaże są w przeważającej większości czyste i zadbane, codziennie rano zbierane są wodorosty wyrzucone przez morze i nie ma śmieci.

Nasz hotel w Cancun znajduje się 10 min drogi spacerkiem od dworca autobusowego. Mamy komfortowy pokój z łazienką i niewielkim basenem na zewnątrz. Blisko mamy do mercado, gdzie zaopatrujemy się w produkty spożywcze, owoce i wodę.

Cancun czy tak smakuje życie?

Leniwy poranek rozpoczął nasz dzień. Wstaliśmy w radosnym nastroju, wszak jesteśmy w pięknym miejscu a słońce wpadając przez duże okno hotelowego pokoju zachęca nas do odpoczynku wśród natury. Cel na ten dzień jest prosty – spędzić go fajnie na plażach, poznając różne ich zakątki i leniwie eksplorować uroki tych miejsc. Ruszyliśmy więc do najbardziej turystycznej części miasta “Zona Hotelara”, gdzie znajduje się większość hoteli i oczywiście najpiękniejsze plaże (lokalny autobus R-1, R-2; przystanek niedaleko dworca ADO). Bilet niezależnie od przejechanego dystansu kosztuje 12 pesos (2,30 zł). Autobusy poza strefą hotelową nie mają wyznaczonych przystanków i nie obowiązują ich żadne rozkłady jazdy. Żeby zatrzymać pojazd wystarczy machnąć ręką. Jeżeli nie wiecie gdzie dokładnie wysiąść, to najlepiej wcześniej poinformujcie kierowcę dokąd jedziecie, a on wysadzi Was w odpowiednim miejscu. Pogoda była idealna: 24 stopni, lekki wiaterek od morza, delikatna bryza i oczywiście słoneczko, które dopieszczało nasze budzące się z wiosennego letargu ciała do letniego wypoczynku.

Plaża Langosta ( lobbster ) To tutaj docieramy autobusem jako do pierwszej z pięknych plaż. Biały piasek i spokojna krystalicznie czysta płytka woda zachęca do odpoczynku z małymi dziećmi. Na nas kolor błękitno- szafirowy i przejrzystość wody robi niesamowite wrażenie. Odpoczywamy tutaj, zanurzając stopy w ciepłej wodzie. Delektujemy się pierwszym kontaktem z Morzem Karaibskim. Plaża Langosta to jedna z najbardziej przyjaznych rodzinom plaż w Cancun, ponieważ jest tam niewiele łodzi i jeszcze mniej fal, co oznacza, że ​​nawet najmłodsze dzieci bawią się świetnie pluskając się w płytkiej wodzie.

Plaża Langosta

Ruszamy dalej wzdłuż pięknego wybrzeża szerokimi plażami. Zatrzymujemy się co kilkanaście metrów by zanurzyć się w Morzu Karaibskim. Widok nieskazitelnie turkusowej wody wprowadza w nas błogi spokój, który czasami przerywany jest przez głośną muzykę dochodzącą z części plaż położonej w mocno zamerykanizowanej strefie hotelowej i tym samym opanowanej przez tłumy anglojęzycznych turystów. Idąc dalej można trafić w bardziej lokalne rewiry, gdzie z głośników wybrzmiewa latynoska muzyka, a w powietrzu unosi się zapach grillowanych tacos. Mijamy skrawek pięknej plaży z skalistym zboczem i docieramy do okazałego , kolorowego muralu. W oddali dumnie czapla spogląda z brzegu w otchłań wody a drewniany pomost zakończony miejscem do odpoczynku zachęca do zatrzymania się. Czuć spokój i błogość tego miejsca. Tak dobrze tu być.

Po chwili relaksu w tym uroczym miejscu nieśpiesznie idziemy dalej. Po drodze znajdujemy szereg beach barów, z których wybrzmiewa amerykański rap, house i pop. Plaża jest gęsto obstawiona leżakami, między którymi przechadzają się sprzedawcy wycieczek i wodnych atrakcji. Jest to miejscówka dla tych, którzy lubią jak coś się dzieje i nie odstraszają ich tłumy. Jednocześnie możemy tam liznąć trochę folkloru kupując od miejscowego sprzedawcy tanią przekąskę, albo posłuchać mariachi, którzy oferują krótkie występy.

Mariachi- miejscowi grajkowie

Nieopodal na skalistym wybrzeżu wylegują się w cieple słonecznych promieni legwany, które na miejscowych nie robią żadnego wrażenia a na nas turystach wzbudzają zaciekawienie. Nie zbliżając się za bardzo, by ich nie spłoszyć robimy im zdjęcia.

Isla Mujeros czyli Wyspa Kobiet

Nie możemy usiedzieć w miejscu i już kolejnego dnia jedziemy busem colectivo za 5 pesos do Playa Puerto Playas by następnie promem linii Ultramar za 380 pesos popłynąć na wyspę Isla Mujeros. Płyniemy tam 20 min.



Ta niewielka wyspa stanowi ucieleśnienie wyobrażenia o Karaibach. To miejsce wręcz idealne dla osób, które pierwszy raz jadą na Karaiby. Co prawda każdego roku odwiedza je coraz więcej zagranicznych gości, ale mimo to nie traci nic ze swojego piękna. Wyspa Kobiet – leży nad Morzem Karaibskim, niecałe 8 kilometrów od północnego wybrzeża Meksyku. Nazwa wyspy związana jest z boginią płodu Ixchel, której liczne posążki zostały tu odnalezione. Jest to jedna z najpopularniejszych wysp półwyspu Jukatan oraz całego wybrzeża Meksyku, a to za sprawą szybkiego i łatwego transportu na nią. Byłam dość sceptycznie nastawiona na odwiedziny tej wyspy, gdy razem z tabunami innych turystów z Cancun stałam w kolejce na prom. Jak już wspomniałam nie lubię miejsc pełnych skomercjalizowanych i przygotowanych pod turystę. Cóż muszę przyznać, że wyspa mnie miło zaskoczyła. Zaczynając od kolorów morza, które są piękne i soczyste, od błekitu po turkus ( jakby ktoś użył Photoshopa). Atmosfera na tak oblężonej turystycznie wyspie też nie jest przytłaczająca i nawet można znależć skrawki plaży, które na czas pobytu można zaadoptować jako własny kawałek przestrzeni. Ta niewielka wyspa jest bardzo łatwa do odkrycia w ciągu jednego dnia, mierzy zaledwie 7,5 km długości i ok. 8 km szerokości. Na wyspie nie ma praktycznie samochodów. Są tylko skutery, wózki golfowe oraz lokalne autobusy.

Playa Norte, to plaża na północnym krańcu Isla Mujeres, która jest jedną z najpiękniejszych plaż w tym rejonie. Woda tutaj jest tak płytka, że ​​można wchodzić około 50 metrów do oceanu i nadal być tylko po kolana w wodzie.



Miasteczko na wyspie to tak naprawdę bardzo malownicza i kameralna wioska nazwana “El Centro”. Główna ulica biegnie wzdłuż wyspy z mnóstwem restauracji, sklepów z pamiątkami i hotelami. Wszystkie domy pomalowane są w najróżniejsze kolory z pięknymi muralami. Zostały one namalowane w 2014 roku podczas Murals For Oceans – festiwalu sztuki ulicznej.

Wiedząc, że nie mamy zbyt wiele czasu na tej wyspie, postanowiliśmy objechać ją w całości, zatrzymując się w co ciekawszych miejscach, by porobić zdjęcia i podelektować się widokami. Isla de las Mujeres jest rzeczywiście przepiękna. I na szczęście wciąż pozbawiona hotelowych molochów, Zabudowania to w większości malutkie kolorowe kamienice lub mini wille. Z drugiej strony wyspy jest pełne morze – wielkie fale, klify, skały. Jest tu zakaz kąpieli ze względu na wzburzone morze. Znajdują się tu ruiny budowli majańskiej jako dość mocno podupadłe pozostałości, po których widać rzeczywiście, jak wiele lat minęło od czasów ich świetności i że żywioł i czas zabytków nie oszczędza. Na cyplu, gdzie znajdziemy ruiny, znajdziemy piękne klify. Poniżej kilka zdjęć z naszej przejażdżki wózkiem golfowym po Isla de las Mujeres.

Wieczór spędzamy na plaży. Ciepło i piękny zachód słońca otula i uspakaja dzień pełen wrażeń

Holbox

Kolejna wyspa, kolejny przystanek na naszej mapie marzeń w Meksyku. Jedziemy tam autobusem ADO z Cancun. Podróż trwa 2 i pół godz. Nastepnie w Chiqulia Puerto wsiadamy do promu by dostać się na wyspę Holbox. Prom kosztuje 140 pesos w jedną stronę. Podróż trwa około 15 minut. Wyspa położona jest na północy stanu Quintana . Ma 43 kilometry długości, 2 kilometry szerokości i 30 kilometrów białych, piaszczystych plaż. Nazwa Isla Holbox znaczy „Ciemna Dziura” i pochodzi od znajdujących się tutaj obszarów namorzynowych zabarwiających na czarno wody w Lagunie. Pomimo, że wyspa z roku na rok staje się coraz bardziej turystyczna dzięki swojej sławie o swojej dziewiczej naturze nie traci swojego uroku. Nie ma tutaj banków, marketów czy dużych restauracji sieciowych. Wszystkie budynki pomalowane są w najróżniejsze odcienie tęczy, architektura wyspy po prostu zachwyca. Drogi pokryte są piaskiem, nie ma asfaltu. Jest to trochę uciążliwe w porze deszczowej, bo ze względu na brak kratek ściekowych i kanalizacji, woda zalewa drogi. Ale ma to swój urok. Miasteczko pozbawione jest wi-fi i można tutaj całkowicie odłączyć się od mediów społecznościowych – a tego nam coraz częściej potrzeba. Głównym środkiem transportu są skutery i rowery. Choć słowo holbox  tak jak wspomniałam oznacza w języku Majów czarną dziurę, to dla wielu, mimo ostatniego rozwoju infrastruktury turystycznej, jest synonimem raju na ziemi.

Niektórzy twierdzą, że tutejsza plaża jest jedną z najpiękniejszych na karaibskim wybrzeżu. Nie wiem czy tak jest ale po tym co zobaczyłam trudno mi się z tym nie zgodzić. Wiem jedno, ze wieczorami spotykają się tutaj mieszkańcy wyspy by wspólnie oglądać zachody słońca.

A plaże….zobaczcie

Atmosfera jaka tu panuje jest wręcz magiczna. Czuć spokój, ciepło mieszkańców. Wieczorami przy pięknych zachodach słońca można poczuć atmosferę błogości którą daje to miejsce. Spacerując po plaży uśmiecham się całą sobą niewinnie marząc by wrócić w to miejsce. Uliczki pełne malowniczych obrazów stworzonych przez murale namalowane na budynkach są dopełnieniem tych cudownych obrazów jakie mozna poczuć na Holbox.

Każda grafika na budynku to dzieło sztuki…Przyjemnie tak iść i podziwiać te arcydzieła

Pijąc kawę w tak pięknym towarzystwie możemy nie tylko rozkoszować się smakiem aromatycznej kawy ale i nacieszyć oczy.
Czyż takie malowidła nie budzą zachwytu?

Wyjątkowość tego miejsca wzbudza zachwyt

Playa del Carmen

Co wiedziałam o tej wyspie przed przyjazdem ? Że jest mocno zaludniona przez obcokrajowców. Głośna i imprezowa. Ma bardzo ładną, szeroką plażę, rozciągającą się nad lazurem morza karaibskiego. Poza tym stanowi idealną bazę wypadową do wielu ciekawych atrakcji turystycznych, sądziłam więc, że jest idealnym wyborem. Czy się rozczarowałam? Myślę, że tak. Szukając noclegu w Playa del Carmen kierowaliśmy się kilkoma kryteriami, w tym odległością od kluczowych z naszego punktu widzenia miejsc. Nie wybraliśmy hostelu nad samym morzem – raz, że były potwornie drogie, a my i tak cały dzień spędzamy poza pokojem, a dwa- dobiegający z plaży i deptaka hałas może być nieco męczący. Chcieliśmy odpocząć. Nasz hostel miał mieć meksykańską nutę czyli to cos co kojarzy nam się z tym miejscem, z lokalnymi barwami i zapachem.

Na plaży nie spędziliśmy w Playa del Carmen dużo czasu. Poprostu mieliśmy do czynienia z ogromną ;inwazją; wodorostów. Wyobraźcie sobie nasze zdziwienie, kiedy zamiast rajskiego piasku i lazurowej wody, zobaczyliśmy gąszcz wodorostów. Pas niezbyt pięknie pachnących glonów o szerokości kilku metrów ciągnął się przez kilka kilometrów na całej długości plaży. Morze nie wyglądało lepiej. Woda nie była turkusowa, tylko brązowawa, a wodorostów w morzu było jeszcze więcej niż na brzegu. Nie jest to oczywiście stały element krajobrazu tego miejsca- po prostu trafiliśmy na ogromny przypływ wodorostów.

Z niedowierzaniem spacerowaliśmy po plaży. Kompletnie przeszła nam ochota, żeby się na niej położyć i posłuchać szumu morza. Idąc bliżej wody, momentami zatykaliśmy nosy, ich zapach nie zachęcał do spacerów. Wodorosty leżą tu na pewno dużo dłużej niż dobę. Po drugiej stronie plaży, tam, gdzie plaże nie były prywatne, leżały ich całe sterty. Dlaczego nikt ich nie zbiera? Czyżby było ich tak dużo, że wywożenie to syzyfowa praca, bo za chwilę morze wyrzuciłoby nowe? Co się stało na plaży? Dlaczego wodorostów jest tak strasznie dużo? Zaśięgneliśmy wiedzy z internetu i dowiedzieliśmy się, że to za sprawą El Niño (zjawisko pogodowe i oceaniczne, polegające na utrzymywaniu się ponadprzeciętnie wysokiej temperatury na powierzchni wody w strefie równikowej Pacyfiku. Powstaje, gdy słabną wiejące ze wschodu pasaty. Zjawisko to otrzymało nazwę El Niño (po hiszpańsku chłopiecdzieciątko), z powodu jego związku z okresem Bożego Narodzenia i Dzieciątkiem Jezus.) Wysokie temperatury na powierzchni wody, sprzyjają rozwojowi glonów.  Od kiedy El Niño się tu pojawił, glony zaczęły rosnąć jak szalone i zalewać tutejsze plaże. Sami widzicie jak to wygląda. Do tej pory pojawiały się dopiero w czerwcu.

Wieczorem wybraliśmy sie na spacer do miasteczka. Zrobiliśmy sobie zdjęcia z Portalem Maya by mieć pamiątkę z tego miejsca. Portal Maya został postawiony w 2012 roku przed rozpoczęciem się Nowej Ery Majów, która ma potrwać 5120 lat. Rzeźba stała się szybko symbolem tego miejsca. Wykonana została z brązu i liczy 16 metrów wysokości. Przedstawia dwie postaci: kobietę i mężczyznę, które stają jakby do gry w piłkę (juego de pelota – słynną majańską grę, w której poświęcano życie zwycięzcy). W rzeczywistości dwie postaci trzymają się za ręce, tym samym jakby tworząc nowy cykl, reprezentujący nadzieję.

Tak jak pisałam Playa del Carmen jest świetnym miejscem jako baza wypadowa na lokalne atrakcję. Następnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę z lokalnym biurem podróży prowadzoną przez Polaków, co było dla nas bardzo istotne, ponieważ chcieliśmy dowiedzieć się czegoś o tym zakątku świata.

Po ustaleniu ceny 105 dolarów za osobę, kupiliśmy pakiet wycieczki: Cmentarz majański – lokalny targ -Valladolid – Chitza ltza – Cenoty. Rano małym busem z grupą 8 dodatkowych polskich turystów wyruszamy na podbój Meksyku.

Jedziemy w kierunku  kolonialnego miasta Valladolid-Pueblo Magico – dawnej osady Majów zwanej Zaci.  Zatrzymujemy się przy cmentarzu majańskim. Jest to jeden z nielicznych takich cmentarzy w tym rejonie. Pochowani tam mieszkańcy zakopani są na głębokości tylko 1-2 metra. Ich osobiste rzeczy umieszczone są na płytach nagrobkowych. Dzięki tym przedmiotom zostawionym na nagrobku możemy się domyśleć kim byli mieszkańcy tego miasteczka. Są tam nożyczki fryzjera, młotek murarza i pędzel należący do malarza. Możemy tam znależć również buty zmarłego lub inne rzeczy z garderoby. W okresie pół do jednego roku , rodzina wykopuje szczątki zmarłego i umieszcza w pudełku by zostawić to pudełko pod jedną ze ścian na tym cmentarzu. Kolory nagrobków nie są tu przypadkowe. Im intensywniejszy kolor tym bogatsza rodzina, ponieważ resztki farb są zostawiane dla biedniejszych rodzin, które rozcieńczając malują nagrobki swoich bliskich. Pudełka na szczątki to drewniane skrzynki dla tych zamożniejszych lub tekturowe pudełka, często takie jak po butach dla mniej zamożnych. Pod wpływem deszczu pudełka tekturowe niszczą się a wiatr rozrzuca kości po cmentarzu….. no cóż wędrówka ludu trwa…

Bazary miejscowe są kwintesencją odwiedzanego miejsca. Często żartuję, że powiedzą nam one więcej o społeczeństwie niż podręczniki do socjologii. Te meksykańskie są nie tylko ciekawym doświadczeniem antropologicznym, ale uwodzą dosłownie wszystkimi zmysłami! Meksyk ma zaś ich całą rozmaitość i żaden z bazarów nie jest taki sam. Wizyta na targu to możliwość zakupu świeżych przypraw, w tym najostrzejszych papryczek jalapeno i habanero, głównych składników kuchni meksykańskiej. Oj pobudziło to nasze kubki smakowe. Udało nam się zakupić kilka smaczków… ziarna kakaowca, płatki czekolady gorzkiej, sosy, papryczki i inne przyprawy.

Valladolid

Meksykanie uwielbiają wyraziste barwy i nasycone kolory. To uwielbienie widać na każdym kroku, w ubiorze, na talerzu czy też wreszcie w architekturze. Architektura domów i miasteczek może być prosta, ale nigdy nudna. Intensywne barwy zmieniają proste, postawione w kształcie prostych klocków budynki w przyjemne dla oka kamieniczki, delikatnie podkreślone łukami. Starówka w Valladolid mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Budynki są żółte, różowe, zielone czy granatowe, bardzo rzadko białe czy też beżowe. Zabudowa jest parterowa lub jednopiętrowa. Miasteczko urzeka spokojną atmosferą, urokiem barwnej kolonialnej zabudowy i parkami pełnymi egzotycznej roślinności. Dla mnie Valladolid było bardzo przyjemnym, kolorowym przystankiem w drodze do Chitzen Itze. Jeżeli jest na Waszej trasie, warto zajrzeć do jego historycznego centrum pełnego żywych kolorów. Odwiedziliśmy w tym miejscu: Katedrę Świętego Gerwazego. Rynek, Ratusz.

Chichen Itza

Nasz kolejny punkt na trasie to uznana za jeden z Siedmiu Nowych Cudów Świata ( 7 lipca w 2007 r) i wpisana w 1988 r na listę Unesco Chichen Itza. Najsłynniejszą budowlą w Chichen Itza jest oczywiście Piramida Kukulkana. Ta budowla to architektoniczny, ceremonialny i astronomiczny majstersztyk. Każde z czterech schodów prowadzących na szczyt mają 91 stopni, co daje w sumie 364. Dodając do tej liczby ostatni schodek, który jest szczytem platformy, wychodzi nam 365, czyli liczba dni słonecznego kalendarza. Budowla składa się z dziewięciu platform i świątyni znajdującej się na szczycie. Łącznie mierzy 30 m wysokości oraz 55 m długości u podstawy. Na placu pod Piramidą nasza przewodniczka opowiada najważniejsze fakty z historycznego okresu powstania tej budowli. W mniejszych lub w większych grupach przemieszczają się turyści podziwiając to arcydzieło. Niektórzy przystają pod budowlą i klaszczą – podobno echo przypomina wówczas dźwięk wydawany przez świętego ptaka, kwezala herbowego. Szczególnie na początku wiosny i jesieni w okresie tak zwanego przesilenia przyciąga to miejsce tłum ludzi, gdyż tego dnia narożnik piramidy rzuca charakterystyczny cień na balustradę na północnej ścianie, który przypomina powoli zsuwającego się z góry węża. Efekt jest tym bardziej spektakularny przez umieszczone kamienne głowy Pierzastych Węży którymi zakończone są balustrady. Jeżeli mielibyśmy wybrać najpiękniejszą Majańska budowlę, którą zobaczyliśmy podczas naszej podróży, byłaby to Piramida Kukulkana. Będąc na Jukatanie trzeba ją zobaczyć i poczuć jej moc.

.

.

Meksyk można zwiedzać na wiele sposobów, przez wiele miesięcy, ale my tak długiego czasu wolnego nie mamy. Dlatego kolejny nasz punkt w drodze budzi u nas nieskrywaną radość dziecka. Docieramy do miejsca gdzie pod ziemią kryją się skarby. Tym miejscem są cenoty. Cenoty to naturalne studnie krasowe wypełnione wodą. Szacuje się, że podziemny świat meksykańskich cenot liczy ponad 500 kilometrów. W wierzeniach Majów cenoty były łącznikiem z krainą umarłych. Dziś są wykorzystywane przede wszystkim rekreacyjnie – można je zwiedzać, pływać w nich, nurkować czy też po prostu się relaksować.  Cenoty są nie tylko malownicze i niepowtarzalne, ale także tajemnicze i fascynujące. Ciemne korytarze wypełnione wodą potrafią naprawdę działać na wyobraźnię! Głębokie dziury wypełnione krystaliczną wodą budzą respekt i tworzą niesamowitą wręcz bajkową studnię. Natura potrafi być bajkowa.

Cenoty są tak głębokie, że łączą się z wodami gruntowymi. Niektóre z nich pełniły także funkcję rytualną związaną z kultem boga deszczu i wody Chaaka. Majowie wierzyli, że mieszkał on w cenotach i składali mu ofiary z ludzi, zwłaszcza dzieci. Jedną z rytualnych cenote była tzw. święta cenote (cenote Sagrada) znajdująca się na terenie dawnego miasta Majów w Chichen Itza.  Przewodniczka opowiedziała nam, że podczas prac archeologicznych w cenocie znaleziono wiele ludzkich szczątków i przedmiotów kultu. Święta cenote jest niedostępna dla zwiedzających, można ją jedynie zobaczyć z punktu widokowego. Cenoty były nie tylko niezwykle ważnym elementem majańskiej kultury, ale też życia codziennego. Brak rzek i rzadkie opady sprawiały, że woda była niezwykle cennym zasobem, od którego zależały losy całych majańskich miast. Zapewniały mieszkańcom stały dostęp do bardzo czystej, przefiltrowanej przez wapienne podłoże wody. Wiele miast budowano w pobliżu lub wokół cenot. Z tego prostego powodu wiele z nich znajduje się przy dzisiejszych strefach archeologicznych, a same cenoty są idealnym miejscem na orzeźwienie po zwiedzaniu dawnych majańskich miast.

Destylarnia tequlli

Następnym etapem naszej drogi była destylarnia tequlli. Królestwem tequili jest Meksyk. Wulkaniczne gleby obejmujące większość stanu, jak żadne inne nadają się do uprawy niebieskiej agawy, która wykorzystywana jest jako baza do tequili. Na słynnym Szlaku Tequili działa obecnie ponad 146 tradycyjnych destylarni, które produkują nawet 50 milionów litrów tego trunku. Tylko w tym miejscu można prześledzić całą drogę jego wytwarzania- poczynając od zbiorów agawy, poprzez proces fermentacji, destylacji, a kończąc na najważniejszej części- degustacji prawdziwej tequili.

Rano już na własną rękę jedziemy dalej.

Tulum

Do tego uroczego miejsca dojeżdżamy busem colectivo. Jedziemy około godzinę. Wcześniej zarezerwowaliśmy sobie pokój. Na miejscu mamy możliwość korzystania z rowerów- to spore udogodnienie, ponieważ na plażę mamy 5 km drogą asfaltową. Pijemy kawę w pokoju i ruszamy rowerami zweryfikować opinie jakie usłyszeliśmy o tym miejscu.

Główną atrakcją Tulum są piękne, rajskie plaże. Delikatny, biały piasek, krystalicznie czysta, turkusowa woda. Do tego duża ilość słońca… Czego chcieć więcej? Oczywiście, są tu i resorty, i bardziej zatłoczone fragmenty plaży, ale gdy poszukać dłużej, jest szansa, że znajdziemy piękny fragment plaży wyłącznie dla siebie. Ja byłam oczarowana! Długie odcinki białych, szerokich plaż zachęcają do spacerów, zapewniają prywatność. Można się wsłuchać w szum Morza Karaibskiego, który na chwilkę może być oazą, punktem na mapie, prywatną przestrzenią.

Tulum to nie jest jakieś małe urocze miasteczko, to również turystyczny ośrodek z niemałą strefą hotelową oraz ciągnącą się kilometrami beach clubów i restauracji. Niskie hotele i resorty ukryte są wśród palm, więc nie psują krajobrazu i są dość dyskretne w przeciwieństwie do tych hoteli w Cancun. Podsycając swoje poczucie przygody wybraliśmy się do jednego z resortów w Tulum gdzie nie sposób się nie zatrzymać i nie uwiecznić na zdjęciu. Zobaczcie sami, jak wygląda jedno z wejść do takiego resortu.

Kolejnym naszym etapem w podróży jest Bacalar.

Bacalar

Laguna Bacalar znajduje się się około 3,5 godz jazdy od Tulum ( 5 godz autobusem) O tym miejscu dowiedzieliśmy się z przewodników i od kilku osób, które były w Meksyku. Rekomendacje miało wysokie. Bacalar i Lagunę Siedmiu Kolorów Majowie nazywali miejscem, gdzie rodzi się niebo. Laguna Siedmiu Kolorów, często nazywana Laguną Bacalar, to słodkowodne jezioro w Meksyku. Jest położona bardzo blisko Morza Karaibskiego, ale nie jest w żaden sposób z nim połączona. Laguna to taki skrawek raju na ziemi. Wszystko za sprawą cudownych odcieni niebieskiego, turkusowego i szmaragdowego. Woda jest słodka i czysta jak oglądany pod światło kryształ – to zasługa wapiennego podłoża, które działa jak naturalny filtr. Majowie mieli rację, tak mogło wyglądać miejsce, gdzie rodziło się niebo. Płyciutkie wody, brak fal, niezwykłe odcienie niebieskiego, po prostu bajka. Dzisiaj coraz częściej mówi się o sposobie jak być szczęśliwym, jak czuć się w pełni zadowolonym z życia. Jednym ze sposobów jakie proponuje się nam jest wizualizacja, wyobrażanie sobie tego o czym myślisz, marzysz. Majowie patrząc na Lagunę tak wyobrażali sobie raj, miejsce gdzie rodzi się niebo. Wnoszę, że Ich wyobrażnia była bardzo rozwinięta i był to naród szczęśliwy. No cóż trudno nie być szczęśliwym w takim miejscu.

Chcąc bardziej poczuć klimat miejsca wybieramy sie na wycieczkę oferowaną przez lokalnych przewoznikow po jeziorze. Towarzyszą nam dwaj turyści z Meksyku. Wsiadamy do łódki wyposażonej w silnik motorowy i zaczynamy od przyplynięcia nad cenotę Esmeralda– cenote o kolorze szmaragdu, jak sama nazwa wskazuje [hiszp. esmeralda = pol. szmaragd] o głębokości 70m;


Kolejnym naszym etapem tej wspanialej podróży po jeziorze byla przecudna Cenote Cocalitos to tutaj w wodzie mieści się mnóstwo żyjątek przypominających wyglądem kamienie – to właśnie tzw. stromatolity jeszcze z czasów prehistorycznych, które są pod ochroną, nie wolno ich dotykać ani po nich stąpać; Cocalitos to miejsce relaksu, gdzie wiele osób przychodzi od strony lądowej, żeby skorzystać z tutejszego kąpieliska i zrelaksować się na hamakach i huśtawkach mieszczących się w pięknej turkusowej wodzie

Płyniemy dalej zostawiając czas błogiego relaksu na potem. Dopływamy do Cenote Negro (czarna cenote, 15m głębokości) – znana również jako cenote czarownicy. Legenda mówi, że niegdyś na skarpie  mieszkała czarownica, która miała chatę wypełnioną kukłami i lalkami (teraz w tym miejscu znajduje się szkoła). Inna legenda głosi, że niegdyś na ten teren zostało rzucone zaklęcie i ktokolwiek stąpał po tej ziemi albo zapadał na ciężką chorobę albo popełniał samobójstwo.

Isla de los Pajaros (wyspa ptaków) W okresie marca migruje tutaj mnóstwo ptaków, m.in. czapli, bocianów, kormoranów, ibisów; można je podziwiać z łodzi z odpowiedniej odległości, nie można wpływać na ich teren, hałasować- ale to zrozumiałe i oczywiste.

Canal de los Piratas – to tutaj można zejść z łodzi na około 45 min i wykąpać się w wodzie o najpiękniejszych odcieniach turkusu. Poziom wody jest tu bardzo niski, a nurt rwący niesie nas z prądem, tak, że nie trzeba umieć pływać wystarczy utrzymać się na powierzchni wody. Rewelacyjne uczucie. Bawiliśmy się tutaj jak dzieci!

A co słychać w miasteczku?

Bacalar to bardzo mała miejscowość .Miasteczko jest nieduże, senne i mimo sporej ilości turystów, wciąż prowincjonalne. My zatrzymaliśmy się tam na dwa dni. Spacerując uliczkami podziwialiśmy architekturę niskiego zabudowanego kolorowymi budynkami miasteczka, ozdobionymi muralami. W miasteczku można dobrze zjeść lokalne meksykańskie dania i odpocząć od zgiełku bardziej turystycznych miast. Tu czas jakby się zatrzymał…. W ciągu dnia ulice są niemal puste – bo mieszkańcy zajmują się swoimi sprawami, a turyści spędzają czas w lagunie. Wieczorem tłumów wciąż nie ma, w knajpkach bez trudu można znaleźć miejsce by posiedzieć i coś zjeść i żeby ułożyć plan na dalszą część podróży.

Pakując w plecak swoje rzeczy następnego dnia przypomniałam sobie niezwykle piękne słowa, którymi kieruję się w swoim życiu a mianowicie “Moim celem jest stworzenie życia, od którego nie będę potrzebowała wakacji.” Dlatego chcę zobaczyć jak najwięcej, przeżyć mocno i intensywnie każdy dzień, każdą chwilę, w sposób taki by nie żałować niczego, by nie przeoczyć fajnych momentów. Kolejny dzień spędzamy w drodze do Tulum, by kolejnego dnia dostać sie do Rio Lagartos.

Rio Lagartos

Jadąc autobusem do Rio Lagartos jestem cała podekscytowana. Tak bardzo chciałam zobaczyć różowe flamingi w ich naturalnym środowisku. Ale po kolei. Od kiedy dowiedzieliśmy się o tych cudowne przyrodniczo pięknych zakątkach, poczuliśmy, że musimy je zobaczyć .Ría Lagartos i Las Coloradas– bo o tych miejscach mowa- są to rezerwaty biosfery, które kuszą obietnicą obserwowania flamingów i krokodyli a Las Coloradas to bajecznie różowa woda, tak różowa, jak …. muślinowa sukienka lalki Barbie:) Jeśli szukacie miejsc mało znanych, przyrodniczo pięknych i chcielibyście odpocząć od tłumu turystów to Rio Lagartos będzie idealnym celem. To mała wioska rybacka na północnym krańcu Półwyspu Jukatan. To także Rezerwat Biosfery obejmujący ponad 60 tys. ha terenów błotno-wodnych. To lasy namorzynowe, bagna, mokradła, plaże i zbiorniki wodne stanowiące schronisko dla wielu gatunków ptaków i dzikich zwierząt. Nazwę rezerwat zawdzięcza żyjącym tu krokodylom, które bez problemu można zobaczyć.  Dla miłośników przyrody to raj na ziemi.

Najlepszym sposobem na obserwowanie niezliczonej ilości ptaków, zobaczenie krokodyli i oczywiście wymarzonych flamingów jest rejs po rzece. Po zakwaterowaniu sie w pokoju idziemy poszukać jakiegoś przewożnika po tej pięknej krainie. Nie mamy z tym najmniejszego problemu, wszak lokalna społeczność żyje z obsługi turystów po rzece. Mamy pandemie, wiec turystów jest bardzo mało. Z grona chętnych decydujemy się na rejs z wesołym starszym panem. Idziemy na nabrzeże, gdzie przy pomoście czeka na nas łodż z silnikiem motorowym i stado pelikanów.

Rejs jest niesamowity, zero turystów, a wrażenia jak na Amazonce, tak się przynajmniej czuliśmy 

Miałam wrażenie będąc na łódce i obserwując spokojną taflę wody, ze życie tutaj stanęło w miejscu. Ptaki spokojnie kołysały się na wodzie a ich opierzone kształty odbijały się w wodzie jak w lustrze. Dopiero szum łódki uruchamiał je i zmuszał do lotu. Czas na łodzi płynie szybko, po drodze spotykamy olbrzymie stado pelikanów, czaple, kormorany i masę nieznanego nam ptactwa. Zatrzymujemy się w kilku miejscach by spokojnie poobserwować te niezwykłe ptaki, a te większe wyglądem przypominają nam latające dinozaury. Pelikanom towarzyszą kormorany, a między nimi przelatują małe nie znane nam ptaki, licząc na kawałek ryby, którą wyrzuca z łódki nasz przewodnik.

W pewnym momencie nasz sternik zatrzymuje łódź i wskazuje w kierunku brzegu. W naszą stronę z łypiącym okiem podpływa krokodyl. Czyżby miał ochotę na małe śniadanie? Podpływamy bliżej, trzymając się mocniej burty. Krokodyl jest niemalże na wyciągnięcie ręki i bacznie nas obserwuje, by po chwili z gracją zanurzyć się w brunatnej wodzie. Ale za chwilę wynurza się znowu i podpływa do naszej łódki by zaprezentować swoje zęby i łuskowatą skórę.

Dopływamy do miejsca, w którym żyją flamingi. Prawdziwe, różowe, przepiękne flamingi! Populacja flamingów, która zamieszkuje te tereny, liczy ponad 40 tysięcy osobników. Różowe upierzenie flamingów nie jest wcale darem od natury. Fleming różowy jest tak naprawdę biały, a jego specyficzne upierzenie jest wynikiem pożywienia bogatego w czerwony barwnik – astaksantynę. Astaksantyna jest czerwonym barwnikiem wytwarzanym przez kilka rodzajów alg oraz plankton.  Te zaś są zjadane przez wiele gatunków organizmów wodnych m. in. skorupiaki, które magazynują barwnik w swoich skorupach i przez to przybierają różowawy odcień. Skorupiaki zaś stanowią pożywienia m.in flamingów, łososi i pstrągów. Nie sposób opisać mojego zachwytu nad spektaklem którego twórcami są te majestatyczne ptaki. Stawiając długie kroki, tańczą niczym zaczarowane, rozkładają skrzydła synchronicznie a także unoszą głowy umieszczone na esowatych szyjach i od czasu do czasu obracają nimi raz w lewo, raz w prawo. Obserwujemy je z daleka. Nie powinno się zbytnio zbliżać w ich naturalne środowisko. To płochliwe ptaki a my nie chcemy ich wystraszyć. Robię dziesiątki zdjęć próbując zatrzymać w kadrze tę chwile, by móc wracać wspomnieniami i podziwiać te cuda natury. Spełniam kolejne moje marzenie.

Rejs na łódce miło płynie. Mętna woda ma dość ciekawy niebieskozielony kolor. Po odpłynięciu w bezpieczna odległość od flamingów łódż dość szybko mknie przed siebie przecinając tafle mętnej wody. Dopływamy do miejsca gdzie las namorzynowy ustępuje miejsca usypanym wzniesieniom z soli. Okolice te to miejsca gdzie produkuje się sól morską, poprzez odparowywanie wilgoci z wody morskiej. Po tym procesie powstają płytkie, nieregularne zbiorniki, oddzielone od morza niewielkimi groblami. Ze względu na rozwijające się w nich mikroorganizmy, niektóre ze zbiorników mają osobliwe kolory. Tak docieramy do kolejnego celu naszej wycieczki czyli Różowa Laguna.

Czy to jest ta Różowa Laguna? Miejsce tak pięknie przedstawione na stronach folderów reklamujących to miejsce? Nasza łódź przybija do brzegu. Wysiadamy i ruszamy w kierunku zbiornika wodnego, wypełnionego kolorową cieczą. Nie jest ona tak zupełnie różowa, raczej różowo-pomarańczowa, ale tak naprawdę widziany kolor zależy od wielu czynników – pory dnia i roku, zachmurzenia, wiatru, kąta padania promieni słonecznych czy poziomu wody. Przewodnik przestrzega nas natomiast przed wchodzeniem do wody – podobno kiedyś było to możliwe, jednak teraz obowiązuje surowy zakaz. Idziemy na krótki spacer brzegiem zbiornika. Kolor wody jak widać to mała loteria. Poza kolorowymi jeziorkami i różowymi flamingami w Las Coloradas nic nie ma, jeżeli więc trafisz na taki kolor wody jak my, pewnie się rozczarujesz. Plaża w okolicy jeziorek nie była ani ładna ani czysta. Natomiast okolice Rio Lagartos to raj dla ornitologów i wielbicieli ptactwa. 

Rio Lagartos już nie jest tą rybacką wioską co kiedyś. Wprawdzie nie ma tutaj zbyt dużej ilości sklepów i nie ma tutaj większego zaplecza gastronomicznego (trudno było nam znależć cos do jedzenia po powrocie z rejsu łódką) ale zauważyliśmy, że głównym źródłem utrzymania mieszkańców jest turystyka. Wzdłuż wybrzeża powstają nowe hotele i pensjonaty, a rybacy porzucają łowienie ryb na rzecz wynajmowania łodzi dla turystów, bo jest to o wiele bardziej dochodowe zajęcie. Za kilka lat Rio Lagartos pewnie będzie wyglądać zupełnie inaczej, stanie się kolejnym turystycznym miasteczkiem. Ale cały czas jest bramą do rezerwatu pełnego ptactwa i zwierząt. To dla nich, dla różowych flamingów, dla krokodyla i z ciekawości ujrzenia różowych jeziorek warto było tutaj przyjechać.

Następnego dnia budzimy się przed szóstą. Biorę szybki prysznic, jemy śniadanie serwowane przez gospodynię hotelu i busem z grupą miejscowych mieszkańców, którzy uśmiechają się do siebie i głośno ze sobą rozmawiają jedziemy w stronę Cancun. Fajnie tak przyglądać się radosnym ludziom, którym oczy się śmieją i dusza. W Cancun po kilku godz. drogi autobusem jedziemy do Playa Puerto Playas. Do końca pobytu zostało nam trzy dni i te dni chcemy spędzić w Isla Mujeros. Tam gdzie kolor wody nas zachwycił a piasek jest miałki jak mąka. Isla Mujeros była pierwszą wyspą na jaka tutaj trafiiśmy i może dlatego chcemy tam pojechać jeszcze raz. Mam wrażenie, że w Meksyku mieszkają ludzie bardzo życzliwi i uśmiechnięci. Chętnie służą pomocą i obdarzają szczerym uśmiechem. Na ostatnie dni znajdujemy hotel z tarasem przy plaży. Ten cudowny widok roztacza się wokół nas, uspakaja i budzi w nas zachwyt. Biegniemy jak dzieci na plażę. Mogłabym nigdy nie opuszczać wybrzeża. Zapach nieskażonego, świeżego i wolnego powietrza jest jak chłodna orzeżwiająca myśl. Rozgościliśmy się na plaży wgłębiając swe ciała w ciepły , delikatny piasek. Słońce przygrzewa a my wystawiamy twarze w jego stronę. Spędzamy w tym uroczym miejscu całe popołudnie chcąc zachłannie nacieszyć się widokiem i spokojem. Po wizycie na plaży trudno uwierzyć że żyjemy w świecie materialnym.

Kolejny poranek. To już ostatni w tym miejscu. Wstaje bardzo wcześnie by wyruszyć przed świtem, by zdążyć przed wschodem słońca, by wykraść z tego dnia jak najwięcej. Ubieram spodenki, zakładam bandankę i idę pobiegać wzdłuż wybrzeża, po promenadzie. Słońce ściga się ze mną próbując wyprzedzić chociaż o krok, dzielnie podążam za nim. Chyba udaje nam się stworzyć coś harmonijnego, coś co ze sobą współgra. Kiedy wschodzi słońce to tylko ode mnie zależy czy chcę tam być, zacząć dzień w jego blasku.

Biegnąc wzdłuż wybrzeża cieszę się, że mam w sobie tyle chęci i odwagi by ruszać w kolejną podróż, by cieszyć się każdym dniem by marzyć , planować i realizować marzenia. Mam tak dużo wspomnień. Do zobaczenia mam jeszcze tyle miejsc, ale dopóki one są w mojej głowie, w moim sercu, wiem, że zrealizuje wszystkie moje plany, bo one są moją siłą. Chcę żyć według kompasu a nie według zegarka.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.