Jeżeli śnią ci się piękne widoki, a myśl przywodzi kolor turkusowego oceanu a jego falę rozbijają się o brzeg czerwonego klifu to musi to być Portugalia… tak Morfeusz przeniósł cię do Portugalii w rejon Algarve. Ja tymczasem proszę cię obudż się i wybierz się ze mną na wspaniałą przygodę. I chociaż jest ona jak ze snów, to wspaniałe jest to, że jesteś w stanie tam dotrzeć naprawdę. Zapraszam do Portugalii! na rowerze!

Do Portugalii lecę samolotem z Warszawy do Faro. Jest początek pażdziernika. Rower mam spakowany do pudelka. które jest wymiarem dostosowane do linii lotniczych. Na miejscu jestem po 3 i pół godz. locie. Teraz szybka organizacja, złożenie roweru- rower musi być odpowiednio przygotowany do przewozu. Odkręcone koło, przekręcona kierownica, odkręcone pedały i spuszczone powietrze z kół- to tylko część wymogów….Rower musi być dobrze skręcony ponieważ na nim przewozimy cały swój bagaż- w sakwach. Pierwszy nocleg mam 13 km od lotniska w centrum Faro w hostelu La Penguin ( 13 euro/osobę) Docieramy tam ( z kilkoma dziewczynami) póżnym wieczorem.

Pomimo iż jest początek pażdziernika temperatura powietrza sięga 23 stopnie celsjusza.

Następnego dnia wstajemy dość wcześnie. W planach mamy zwiedzenie miasteczka Faro i kierunek jazdy w stronę playa de Almargen. Faro jest znakomitym punktem gdzie możemy zacząć zwiedzanie tego pięknego rejonu Portugalii. Zaczynamy tuż przy Marinie, położonej w centralnej części miasta, niedaleko licznych kafejek i punktów gastronomicznych.

Co warto zobaczyć w Faro? Tuż obok portu znajduje się park miejski – Jardim Manuel Bivar, w którym miejscowi i turyści odpoczywają i korzystają z przyjemnego cienia zapewnianego im przez tamtejsze duże drzewa. Niektóre z nich mają niezwykłe kwiaty, co czyni to miejsce jeszcze bardziej malowniczym. Takich drzew spotkacie w regionie na pewno sporo.

Spacerując urokliwymi uliczkami możemy natknąć się na wiele budynków, których fasady wyłożone są najprzeróżniejszymi płytkami, wykończone łukami lub gzymsami. Tworzą one przytulny klimat i nadają charakter tym miejscom.

Przez bramę, wchodzimy do jednej z najstarszych części miasta. Jego historia sięga zresztą czasów starożytnych, kiedy to na brzegu rzeki Ria Formosa Fenicjanie i Kartagińczycy założyli pierwsze osady handlowe. Rzymianie przekształcili je w port Ossonoba, po nich nastali Wizygoci, a w VIII w. przybyli tu Maurowie, którzy ufortyfikowali miasto i zostawili po sobie wiele architektonicznych wpływów. Ogromny wpływ na losy miasta miało z pewnością niszczycielskie trzęsienie ziemi połączone z tsunami, które nawiedziło Portugalię w 1755 r.

Warto przejść się teraz wybrukowanymi uliczkami w centrum. Najlepiej poza godzinami szczytu. Będziemy mieli wtedy okazję podziwiać ciekawe wzory na bruku, tworzące niesamowite obrazy. Po zwiedzaniu pora na odpoczynek. Skoro jesteśmy w stolicy Algarve, to koniecznie musimy usiąść w jednej z licznych tu kafejek i wypić pyszną kawę i zjeść narodowe dobro tego miejsca- Pasteis de Nata, rozkoszując się malowniczą okolicą.

Być w Portugalii i nie spróbować tych ciastek to grzech. I mimo, że ciastka te pochodzą z Santa Maria de Belém – dzielnicy Lizbony, dostępne są na terenie całego kraju.

Pasteis de Natas w towarzystwie ciastka francuskiego

Przemierzając Portugalię, wiele razy wstępowałyśmy do cukierenek, by zaopatrzyć się w jakieś słodkości do kawy. I zawsze w naszym zestawie znajdowały się Pasteis de Natas. Ciastka te składają się z ciasta francuskiego i swego rodzaju masy budyniowej. Swoje charakterystyczne łatki zawdzięczają wypiekaniu w bardzo wysokiej temperaturze.



Pasteis de Natas czy też Pasteis de Belém – charakterystyczne dla Portugalii małe tartaletki ze słodką budyniowo-jajeczną masą. Powstały jeszcze przed XVIII w. wykonane przez mnichów z klasztoru Hieronimitów w lizbońskiej dzielnicy Santa Maria de Belém. W klasztorze bowiem, używano sporej ilości białek jaj kurzych do krochmalenia ubrań. Mnisi wykorzystywali więc pozostałe żółtka do słodkich wypieków. W następstwie liberalnej rewolucji w 1820 roku, wiele zakonów wymarło, a sporo klasztorów zostało zamkniętych. Mnisi z klasztoru Hieronimitów zaczęli więc sprzedawać swoje Pasteis de Natas w pobliskiej cukierni, by nieco zabezpieczyć się finansowo. W 1834 roku klasztor zamknięto, a przepis został sprzedany do cukierni, której właściciele w 1837 roku założyli Fabrica de pasteis de Belém. Potomkowie założycieli prowadzą przedsiębiorstwo po dziś dzień. Od 1837 roku mieszkańcy i turyści Lizbony odwiedzają cukiernię, by kupić jeszcze ciepłe ciastka prosto z piekarnika, posypane cukrem pudrem i cynamonem.

Po zwiedzeniu Faro wyruszamy w dalsze eksplorowanie rejonu Algarve. Jedziemy w stronę Portimao. Przejeżdżając zaledwie kilka kilometrów przypadkiem natrafiamy na Parque Natural de Ria Formosa. Jest to przepiękny i urokliwy park krajobrazowy składający się z kilku rozlewisk. Ciekawy zakątek dla fanów ornitologii. Na obserwatorów czeka tu rocznie 30 tysięcy gatunków ptaków, dla których jest to m.in. przystanek podczas wędrówek wiosenno-jesiennych. Ponadto żyją tutaj modrzyki, flamingi różowe (głównie jesienią), żółwie błotne czy rybitwy.

Park zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Tyle flory i fauny w naturalnym środowisku dawno nie widziałam. Tworzą one niebywałą przestrzeń, która zaczarowuje i zdumiewa swym pięknem. Mijamy ten cudowny krajobraz i jedziemy dalej wzdłuż wybrzeża w stronę Portimao. Trasa jest z utwardzonej nawierzchni, szeroka i równa, jedzie się dobrze z daleka od głównej drogi. Jadąc podziwiamy posiadłości portugalskie otoczone pięknymi i zadbanymi ogrodami. Ta część jest mało turystyczna a droga wiedzie przez płaskie tereny. Mamy tutaj możliwość poznania codziennego życia Portugalczyków. W mediach często możemy przeczytać jak łatwe, proste i tanie jest podróżowanie na własną rękę. Czasami wystarczy trochę odwagi, dobry kompan i plan. Musimy się zaangażować by zorganizować taką trasę i przeanalizować wszystkie miejsca, które chcemy zobaczyć a wszystko stanie się proste. Jednak podróżowanie na własną rękę często stawia przed nami pewne wyzwania i niedogodności i nie zawsze jest kolorowo, a ceną taniego podróżowania jest zmaganie się z najróżniejszymi kłopotami i przeciwnościami losu. Nikt tutaj nie załatwi za nas noclegu, nikt nie zawiezie i pokaże ciekawe miejsca. Wszystko musimy sobie wyszukać i zorganizować sami. Ja skupiam się zawsze na tej przyjemniejszej stronie i staram się korzystać z uroków wyjazdu. Zakładam, że wszystko będzie po mojej myśli czyli jak najlepiej. Przemierzając dziewicze trasy, na których nie spotykamy żadnego rowerzysty docieramy do miejsca gdzie naszym oczom ukazuje się Ocean Atlantycki. Przerwa na lunch, odpoczynek w knajpce na plaży. Czas jechać dalej. Przed zachodem słońca docieramy na Playa do Almargem

Tutaj rozkładamy nasze namioty i korzystamy z uroków tego miejsca. Pobyt i nocleg w takim miejscu jest nie lada gratką dla osób lubiących bezpośredni kontakt z naturą. Spanie pod namiotem też budzi fajne skojarzenia. Kojarzy nam się z beztroską z wolnością z dzieciństwem. Ja rozbijam namiot i śpię w nim sama- tak bardzo lubię te chwile gdy mogę skupić się na odgłosach dobiegających z natury, posłuchać szumu fal – odgłos morza mnie uspakaja, pozwala mi się zrelaksować.

Ranek budzi się nieśpiesznie. Słońce powoli rozświetla mrok nad morzem i kolorami rozbija się o fale. Wynurzam się z namiotu, chłód nocy przebija się między promykami dopiero co budzącego się słońca. Gotuję wodę na kawę i musli by usiąść przy namiocie z kubkiem tego czarnego nektaru i delektować się magicznym porankiem. Tak zaczynam dzień, który tworzy z mojego życia arcydzieło. W niedługim czasie dołączają do mnie inne dziewczyny- pijemy wspólnie kawę, rozmawiamy, śmiejemy się. Rozbudzone z nocnego snu idziemy pobiegać wzdłuż plaży, by następnie zanurzyć się w falach oceanu.

Och jak ja kocham takie poranki. Mam tyle energii aby zacząć nowy, niepowtarzalny dzień. Po śniadaniu zbieramy swoje rzeczy i jedziemy dalej. Nasz cel dzisiaj to Albuferia.

Po drodze zatrzymujemy się w aptece i w punkcie medycznym , gdzie szukamy pomocy po tym jak jedną z nas pogryzły jakieś owady w nocy. Ślady są bardzo swędzące i tworzą czerwone bąble. Kupujemy zalecone maści i jedziemy dalej. Mijamy duże obszary pól golfowych. Jest ich w Algarve kilkadziesiąt. Rejon ten to prawdziwe zagłębie golfowe Europy. Po drodze natrafiamy na usytuowaną w niecodziennym klimacie knajpkę. Leży ona na uboczu wśród wrzosowych pól. Tam jemy pyszną zapiekankę z ryby tzw. Bacalhau a Bras przygotowywana jest z suszonego dorsza, który w Portugalii jest bardzo popularny, a przyrządzany jest na wiele sposobów. niesamowicie smakuje i jest ucztą dla mojego podniebienia.

Po posiłku ruszamy dalej. Zatrzymujemy się urzeczone pięknym wybrzeżem z cudowną plażą i niesamowitymi klifami. Przypinamy rowery na stromym wzgórzu, tuż przy zamkniętej knajpce i już zbiegamy po dość wysokich stromych schodach na cudowną szeroką plażę.

Niestety nie jest to miejsce docelowe na dzisiaj więc jedziemy dalej. Kierujemy się w stronę kempingu oddalonego od plaży około 8 km. Wstęp na kemping 7 euro/namiot. Na kempingu są prysznice z ciepłą wodą, toalety. Podłoże stanowi wydeptany piach gdzie nie gdzie z wysuszonymi kępkami trawy. No cóż nie zawsze w zasięgu wzroku możemy mieć plaże i morze. Zostajemy tutaj na noc.

Rano budzi mnie śpiew ptaków, które obok na drzewie uwiły sobie gniazdko. Świergoczą tak wesoło i nadają rytm porankowi. Po porannych rytuałach: toaleta, śniadanie, kawa zbieramy się powoli. Przypinamy sakwy do roweru i jedziemy dalej. Nasza trasa dzisiaj to Cavaeiro. Wyjeżdżając z kempingu jedziemy w stronę Albufiery, by trochę pozwiedzać to nadmorskie miasteczko. Główną atrakcją Albufeiry są oczywiście plaże. Zaczynają się one w samym mieście i ciągną kilometrami. Jest to turystyczne miasto z dużą ilością hoteli i restauracji. Wzdłuż malowniczych uliczek znależć możemy pamiątki z portugalskimi symbolami.

Na plaży odpoczywamy i oddajemy się błogiemu lenistwu by nabrać sił na kolejny etap naszej drogi. A przed nami nie łatwy odcinek. Po opuszczeniu miasteczka droga pnie się w górę. Towarzyszą nam piękne widoki.

Niestety droga nie jest łatwa. Cały czas pniemy się pod górę. Mijamy mały przydrożny stragan z owocami i warzywami. Kupujemy tam figi i zajadamy te słodkie owoce. Czasami trzeba wspomóc się energetycznie zjadając słodkie owoce. Wspieramy się wzajemnie w tej drodze. Jesteśmy tutaj aby spędzić super czas, dla relaksu i przyjemności. Nie ma mowy o rywalizacji, która pierwsza, która szybciej. Kobiety w takiej podróży bez męskiego towarzystwa odpoczywają inaczej. W takiej wyprawie mamy większe poczucie niezależności, często same musimy zorganizować sobie wiele spraw ale to buduje u nas, kobiet poczucie wartości. Mamy satysfakcje, ze same sobie dałyśmy radę. Odpada też motyw by starać się ubierać, malować dla swoich facetów, by Im się podobać- tu w tej podróży nie ma takiej potrzeby. Jesteśmy naturalnie piękne, więc nie musimy malować rzęs czy ust. Oczywiście dbamy o siebie, ale bez nadmiernego “puszenia się”. Jako zwolenniczka takiej eskapady wiem, że takie doświadczenia, związane z przemieszczaniem się po świecie i poznawaniem nowych miejsc są pełniejsze, Niestety w wielu kręgach nadal pokutuje mit, że kobiety nie mogą być podróżniczkami samowystarczalnymi. Widać to zresztą w rozmaitych poradnikach dedykowanych turystkom. Wskazówki zawarte w niektórych z nich bywają kontrowersyjne. Sugerują np. paniom, by wybierały wyłącznie drogie i luksusowe hotele, bo tylko takie placówki oferują odpowiedni poziom bezpieczeństwa. Ale wiele pań wskazuje, że w ten sposób cała idea poznawania świata przez nie same zatraca swój sens, bo to jak zamykanie się w złotej klatce, a przecież nie o to w tym chodzi. Pod wieczór dojeżdżamy do celu, którym jest Carvoeiro. Nocleg rezerwujemy w hostelu typu bungalow Collina Village. Jest to obiekt z basenem oddalony około 5 km od wybrzeża. Zostawiamy swoje rzeczy i jedziemy rowerami aby zrobić rekonesans miasteczka i coś zjeść.

Po powrocie z miasteczka mimo, że jest póżno wskakujemy do basenu by rozlużnić zmęczone mięsnie rowerowymi zmaganiami. Jest super!

Rano budzą nas promienie słoneczne wpadające do naszych pokoi. Temperatura mimo, ze jest 07:00 wynosi około 25 stopni. Korzystając z uroków tego miejsca postanawiamy zostać tutaj jeszcze jedną noc i pozwiedzać okolicę. Po wspólnym śniadaniu wybieramy się nad wybrzeże. Carvoeiro to idealne miejsce na spacer po klifach. Deptak ciągnie się od samego centrum miasteczka wzdłuż klifowego skalistego wybrzeża. Promenada została bardzo ładnie zaprojektowana, umożliwiając wspaniały spacer po klifach. Po drodze znajdują się tablice z informacjami na temat flory i ptaków. Jest to idealna lokalizacja do podziwiania zachodzącego słońca. Po drodze jest też możliwość zejścia na plaże, a jest ich tutaj kilka. Zatoczki z plażami otoczonymi klifami zachęcają do odpoczynku oraz do skorzystania z kąpieli. Po drodze jest też dużo miejsc do odpoczynku dla zmęczonych spacerem.

Po spacerze promenadą, oglądając klify z góry decydujemy się na wycieczkę małą łódką. aby zobaczyć jaskinie i groty wytworzone przez naturę. Trasa trwa ponad 60 minut i jest warta kosztów. Odwiedzamy 8 jaskiń i udaje nam się wejść do kilku z nich, nawet do takich gdzie fale odbijały się od ścian jaskiń. Nasz pilot, młody człowiek, był ekspertem w poruszaniu się w ciasnych przestrzeniach, które sprawiały, że wstrzymywałam oddech!
Mały rozmiar łodzi umożliwił eksplorację wewnątrz większości jaskiń. Widok zapierał dech w piersiach i chociaż żadna fotografia nie odda uroków tego miejsca, zachowywałam się jak szalony fotograf próbując zatrzymać w aparacie cudowne chwile. Jednak najbardziej zachwycająca jest Jaskinia Bengail z małą plażą wewnątrz. Dlaczego ta jaskinia jest wyjątkowa? W jej sklepieniu powstała ogromna dziura, dzięki czemu do wnętrza docierają promienie słoneczne. Promienie słoneczne w zależności od pory dnia, nasłonecznienia tworzą niesamowitą gamę barw. Wśród skalnych ścian znajduje się plaża, której położenie jest bodaj najbardziej niezwykłym na świecie. Do jaskini Benagil można dostać się wyłącznie od strony oceanu. Jest ona jednym z najbardziej zachwycających cudów natury w tej części Portugalii.

To urocze miejsce zapewne długo zostanie w mojej pamięci. Wracamy z wycieczki spacerkiem do hostelu by ponownie już wieczorem po kolacji wrócić na wybrzeże aby podziwiać go przy zachodzie słońca.

Kolejnego dnia wybieramy się w stronę Avilles. Już po wyjeżdzie z miasteczka w którym miałyśmy nocleg natrafiamy na pierwsze pole golfowe. Jak sie okazuje Algarve to nie tylko letnie kurorty, urocze wioski, laguny czy skaliste klify nasycone barwą czerwieni, to również istny raj dla fanów golfa. Jak wybrzeże długie, na sympatyków tego sportu czekają trawiaste połacie z dołkami. O zróżnicowanym poziomie trudności – dla początkujących i dla wymagających graczy. Pięknie położone, to na szczycie klifu, to z widokiem na na ocean. Istny relaks!

Mijamy również po drodze lasy korkowe porastające wzgórza, górskie pasma i doliny, skraje dróg i przydomowe ogrody. Jak się dowiedziałam to symboliczny gatunek dla Portugalii. Ponad jedna piąta powierzchni w tym kraju przeznaczona jest na plantacje dębu korkowego.. Jest to 30% wszystkich światowych zasobów. Dąb korkowy ma więc istotne znaczenie dla lokalnej gospodarki a dodatkowo wspiera funkcjonowanie niezwykle złożonego ekosystemu. Będąc gatunkiem wiecznie zielonym daje schronienie i pożywienie przez cały rok dla wielu gatunków owadów i ptaków.

Po drodze do Alvor zatrzymujemy się na pyszną kawę i ciastka w cudownej kawiarence w uroczym miasteczku.

Klimat miasteczka tworzą budynki. Jak to budynki pewnie zapytacie? No tak są to domy wyłożone płytkami ceramicznymi. Wzory na nich tworzą niepowtarzalną mozaikę wzorów i budzą nasz zachwyt. Kafle, czyli azulejos. Są wszędzie nad portalami i na ścianach zwykłych domów, w kościołach, w sieniach i w kuchniach. Kolorowe lub błękitno-białe, abstrakcyjne albo z wizerunkami świętych. Piękne. Kiedy zaczynam je fotografować, nie mogę się zatrzymać. Wchodzę cicho do prywatnych domów i robię zdjęcia w sieniach.

Warto się tutaj zatrzymać by przemierzając zawiłymi brukowanymi uliczkami popatrzeć na miejscowych, którzy chętnie przesiadują w obrębie kafejki z gazetą przy filiżance kawy lub rozmawiają między sobą i z zaciekawieniem przyglądając się nam.

Do Alvor docieramy póżnym wieczorem. Jest właśnie odpływ. Miasteczko jest ośrodkiem turystycznym lecz z powodów covida zastaliśmy je opustoszałe a nawet senne. Przy świetle ulicznych latarni spacerujemy pięknymi uliczkami wchłaniając klimat tego miejsca.

Rano wybieramy się na długi spacer. Alvor to rybacka osada. Wśród skrzeczących mew spotkać możemy rybaków, którzy przygotowują sieci do połowów, lub patroszą i oprawiają złowione ryby, nic nie robiąc sobie z obecności mew, które nie odstępują rybaków ani na chwilę, licząc na łatwy kąsek.

Spacerując spotykamy miejscowych Portugalczyków zbierających mule. Mają w jednym ręku narzędzie na kształt kopaczki i wykopują je z piasku i wrzucają do przygotowanego wiadra. Praca mozolna i potrafi zabrać kilka godzin zbieraczowi.

Idąc pomostem przechodzimy przez rezerwat przyrody Alvor Ria.  Kierując się w stronę wejścia na promenadę, mijamy chaty rybaków, a spacerując, widzimy zacumowane w porcie łodzie. Możemy tak przejść odcinek 7 km, bo tak długa jest ta drewniana promenada. Jest to bardzo miły czas z dala od zgiełku ulicznego i turystów.

 Deptak wije się wzdłuż plaży i od miasta Alvor po rozlewiskach rzeki , która wpływa do oceanu. Widoki przepiękne, jest tak cicho i spokojnie. Na deptaku są ławeczki do odpoczynku i punkty widokowe, są też zrobione zejścia na plażę. Można podziwiać dużo ptaków.

Po południu ruszamy do Largos. Fajnie tak przemieszczać się nieśpiesznie rowerem mijając miejscowych pracujących na polach, w ogrodach czy też krzątających się wokół domu. Na chwilę stają się częścią naszej podróży by już za moment o nich zapomnieć, nie pamiętać i jechać dalej.

Jadąc tak trafiamy do miejsca gdzie nagle kończy się droga. Możemy się wrócić ale to zajmie nam jakąś godzinę. Możemy starać się pokonać odcinek w stronę wybrzeża, ale musimy pokonać zarośnięte strome zejście. Decydujemy się przenieść rowery a póżniej sakwy w dół stromego zbocza – uwierzcie nie było to ani przyjemne, ani łatwe. Rezultatem były trzy przedziurawione dędki w rowerach oraz podrapane nogi. Wymieniamy podziurawiony sprzęt i jedziemy już do celu.

Lagos to dawna stolica regionu Algarve w Portugali, której historia sięga aż I tysiąclecia p.n.e. Jest to urokliwe miejsce z zabytkowym centrum, które ma niepowtarzalny klimat. W miasteczku jest też starówka wokół której zgromadzone są liczne zabytki. Spacerując pomiędzy licznymi, wąskimi uliczkami tego miasteczka, podążając po wzorzystych deptakach wszystko dookoła wydaje się takim, jakby miało duszę. Można bez ograniczeń przechadzać się po tych miejscach i wsłuchiwać się w dżwięk miasta. Gdzie nie gdzie rozbrzmiewa muzyka portugalska i słychać beztrosko bawiące się dzieci., dalej w oddali słyszymy jakieś rozmowy czy nawoływania kogoś z okna. To miasteczko żyje swoim rytmem, który nadają mu mieszkańcy i turyści. My staramy się wtopić w to miasto by nie utracić tej całej harmonii, która tu dzieję się poza nami.

Zewsząd otaczają nas klasyczne, białe kamienice, wykończone kolorowymi zdobieniami. Uliczki biegną raz pod górę, raz w dół, i łączą się ze sobą na każdej wysokości. Miasto jest w dużej mierze przystosowane pod turystów. Na każdym kroku znajdują się kawiarnie z lokalnymi przysmakami czy restauracje zapraszające by wstąpić i skosztować, a także mnóstwo sklepików z pamiątkami.

Opowiadając o Lagos, nie sposób zapomnieć o plażach. Jest ich tutaj sporo, a kilka z nich może nosić miano najpiękniejszych plaż nie tylko w Portugalii. Niektóre z nich otaczają czerwono- pomarańczowe skały, tworząc niesamowity obszar klifów a ich kształty wprawiają w osłupienie i budzą zachwyt. Tak szybko dzisiaj żyjemy. Biegniemy przez życie nie zatrzymując się czasami wcale. Jeszcze to musimy załatwić, tutaj zdążyć , tam być…..Czy mamy czas na refleksje, na zatrzymanie się i przyglądnięcie się swojemu życiu, jak ono wygląda? Czy zadajemy sobie pytanie co tutaj robimy? Czy jesteśmy szczęśliwi czy tylko zadowoleni?

Gdybyśmy zliczyli wszystkie przegapione chwile, mogło by się okazać, że brak uwagi pochłonął całe nasze życie i odcisnął się piętnem na dosłownie wszystkim co robimy, na każdym wyborze, którego dokonujemy, a wtedy nasz dzień nie będzie wart pamięci bo po raz kolejny będzie taki sam.

Opuszczamy Lagos w południe. Jedziemy pociągiem na wschód do Vila Real de Santo António pod hiszpańską granicę by ruszyć trasą wschodnią Portugalii.

Pociąg jedzie 3 godz. Po dojechaniu na stację wysiadamy sprawnie, zakładamy sakwy na rower i jedziemy do miasteczka na kawę i dobre ciastka.

Muszę się przyznać, że mam słabość do portugalskich ciast, właściwie do wszystkich ciast. I jak tylko nadarza się okazja chętnie próbuję wszystkie te słodkości. Jeżeli mogę do tych ciastek wypić aromatyczną kawę to nie umie pokonać tej słabości.

Kawa w Portugalii jest zdecydowanie najlepsza w Europie. I twierdzę tak z całkowitą odpowiedzialnością. To tutaj jest raj dla kawoszy. Kawa jest nieodłącznym elementem życia codziennego każdego Portugalczyka. Często pije się kawę naprędce, gdzieś w przelocie, do tego naprawdę tanio i dużo. Jest to rytuał kilkakrotnie powtarzany w ciągu dnia, bo jak tu nie napić się kawy, gdy się właśnie spotkało znajomego albo kusi gazeta lub książka, a przede wszystkim słoneczko grzeje tak fantastycznie na patio. I oczywiście smak i aromat to kusi….

Miasteczko Vila Real de Santo António jest małym ale bardzo zadbanym miasteczkiem. Wszystko jest tutaj bardzo estetyczne. Na rynku kupuję pieczone kasztany, jadłam je już kiedyś w Hiszpanii ale te smakują mi bardzo.

Pieczone kasztany powinno się spożywać ciepłe, gdyż wtedy najłatwiej je obrać ze skórki, a i podobno smakują najlepiej. Mają one słodkawy smak, pomiędzy słodkimi ziemniakami (batatami) oraz orzechami laskowymi lub włoskimi. Są podawane oprószone gruboziarnistą solą, która dobrze komponuje się z nimi tworzy ciekawy słodko-słony smak. Piecze się je na specjalnych wózkach a dym unoszący się z nich ciągnie się po uliczkach portugalskiego miasteczka. Warto spróbować tego regionalnego przysmaku. Na ryneczku gdzie przysiadamy aby wypić kawę spory tłum spacerowiczów- jest niedziela i okazja do tego aby usiąść przy kawie ze znajomymi lub zjeść pieczone kasztany z papierowej torebki. Ruszamy dalej. Jedziemy w stronę wybrzeża. Chcemy dzisiejszą noc spędzić na plaży pod namiotem. Okoliczności nam sprzyjają przy plaży znajduję się duży drewniany pomost. Rozkładamy swoje namioty na tym pomoście i szczęśliwe wypatrujemy zachodu słońca

Morza szum, ptaków śpiew… chciało by się zaśpiewać w takiej chwili. Noc mija szybko.

Rano budzę się szczęśliwa. To tak wygląda szczęście? Z śpiworem naciągniętym po uszy, opatulona wszystkimi rzeczami z plecaka i nie tylko moimi wyczołguje się z namiotu. Przeciągam się leniwie jak kot i gotuję wodę na aromatyczną kawę. Nic nie może się równać z porankiem na pustej plaży, gdzie chłodna bryza delikatnie smuga w twarz, a ja zatapiam swoje myśli w głębi horyzontu z kubkiem czarnej kawy. Przechodzę przez plażę po wilgotnym od nocnej mgły piasku a bose stopy zanurzają się w nim delikatnie. Siadam na ręczniku i obserwuję rybaka, który już wraca z połowów. Jego mała łódka jak w bajkowym śnie porusza się na boki kołysząc w rytm oceanu. Zapominam o całym świecie. Bliskość natury pomaga mi zupełnie się wyłączyć, zwolnić, zatrzymać się na chwilę, zachwycić otaczającym światem. Bez makijażu, z nie uczesanymi włosami, w wygodnych ubraniach, które nie krępują ruchów, gdy ma się ochotę podskoczyć z radości. Wkrótce wstają moje towarzyszki podróży. Jemy śniadanie i po nim korzystając z pięknych okoliczności praktykujemy jogę, by rozlużnić swoje mięśnie i odprężyć się.

Krajobraz wybrzeża tutaj jest już inny . Plaże są również szerokie ale nie są otoczone klifami i skałami. Jest znacznie więcej wydm porośniętych wysoką trawą i plaże są puste. Nie ma tutaj turystów. Można tutaj odpocząć w ciszy i bez obaw, że zastaniemy zatłoczoną plażę.

Łapiemy każdą wolną i piękną chwilę, odpoczywamy na plaży. Około południa jedziemy dalej. Wzdłuż całej plaży poruszamy się po drewnianym, szerokim pomoście. Możemy jechać wzdłuż wybrzeża podziwiając ocean i słuchać jego szumu.

Naszym kolejnym miastem na naszej mapie podróży jest Tavira. Miasteczko położone jest nad rzeką Gilao, której nurt wpływa do Oceanu Atlantyckiego. Tavira swoje korzenie ma już za czasów średniowiecznych. Jej niewątpliwie jednym z atrakcyjniejszych zabytków jest Kościół Misericórdia stanowi on nieodłączny punkt na mapie każdego turysty przyjeżdżającego do Taviry. Został zbudowany około 1540 roku oraz uchodzi za jeden z najlepszych przykładów architektury renesansowej. Niestety nie udało nam się wejść do środka, był zamknięty ze względu na koronavirus. Przez rzekę Gilão, która przepływa przez miasto można przekroczyć przez co najmniej kilka mostów, ale najciekawszych z nich jest zdecydowanie Ponte Romana. Zabytkowa przeprawa ma siedem łuków i znajduje się w pobliżu Praça da República. Sam obiekt został zbudowany w XII stuleciu przez Maurów. Mostem możemy przejść tylko pieszo, więc sporo tutaj spacerowiczów, którzy uwieczniają obiekt w swoich aparatach. My przechodzimy mostem na południowy brzeg rzeki, z którego mamy widok na stare miasto (po jej drugiej stronie). Przy okazji zagłębiamy się nieco w kolorowe uliczki, kierując się na wschód. Tavira wydaje się być cicha i skromna, pozbawiona zgiełku wielkich miast i niezadeptana przez turystów. Pomimo swojej popularności w mieście nie zjemy popularnego fast-fooda ponieważ jada się tu w małych, kameralnych restauracjach. Nie ma też tutaj dużych hoteli ani kompleksów wypoczynkowych. Jest za to cała masa starych, podniszczonych kamienic, ulic z bruku i fasad zdobionych kolorowymi azulejos.


Po spacerze malowniczymi uliczkami wsiadamy na rower i pedałujemy dalej. Jedziemy szeroka, asfaltową drogą przeznaczoną dla ruchu lokalnego. O dziwo mały tutaj jest ruch. Nie tylko aut, rowerów bo i miejscowi nie są widoczni na zewnątrz. Zarezerwowałyśmy sobie nocleg w Monte dos Avos Village po 7,50 euro/osobę. Jest to hotelik w stylu bungalow z basenem. Niestety od kilku godzin jest niebo zachmurzone, więc o kąpieli w basenie nie ma mowy. Spędzamy tutaj wieczór i postanawiamy jutro jedziemy do Lizbony stolicy Portugalii.

Rano po śniadaniu zakładamy sakwy na rower, wymieniamy podziurawione dędki w rowerach i jedziemy na dworzec kolejowy do Olhao by z tamtąt jechać pociągiem do Faro a następnie zostawić rowery i jechać pociągiem( bez rowerów ) do Lizbony.

Do Lizbony z Faro bilet kosztuje 40 euro/ osobę. Jest to bilet w dwie strony. Pociąg jedzie około 4 godz. W Lizbonie jesteśmy już po zmierzchu o godz. 19:30. Idziemy na metro. Kupujemy kartę i doładowujemy ją za 1,5 euro W automacie można płacić gotówką (bilon i/lub banknoty) lub kartą (polecam Revoluta). Potem wsiadamy do czerwonej linii (Linha Vermelha) jadącej w kierunku San Sebastiao. Póżniej czeka nas jeszcze zmiana linii na zieloną (Linha Verde) jadącą w kierunku Cais do Sodré, ponieważ mamy zarezerwowany nocleg w centrum. Przesiadka czeka nas na stacji Alameda, jest bezproblemowa i nie wymaga ponownego skasowania biletu. Dojeżdżamy do centrum. Mamy zarezerwowany hotel za 13 euro/ osobę. Widok z okna mamy na plac teatralny.

Wychodzimy coś zjeść i pospacerować po okolicy nocą. Noc jest bardzo ciepła.

Rano zjadamy śniadanie na mieście. Właściwie to pijemy kawę i zajadamy pyszne ciastka.

Doładowane dużą dawką glukozy zaczynamy spacer po Lizbonie. Zaczynamy od Placu Martim Moniz dzie rozpoczyna swoją trasę słynny na cały świat żółty tranwaj nr 28. Tramwaj przemieszcza się dość powoli, ale to dobra okazja, żeby z okien tego historycznego środka transportu pooglądać fasady domów, często ozdobione słynnymi już płytkami ceramicznymi azulejos. Przejazd tramwajem dostarcza wielu emocji, w szczególności, gdy tramwaj pnie się po wąskich i krętych uliczkach Alfamy, gdzie bez problemu możemy dotknąć ścian budynków, jeśli wystawimy rękę za okno. Nie dziwi zatem fakt, że malutkie wagoniki tramwaju są ciągle pełne turystów, jednak cały czas są one częścią systemu komunikacji miejskiej w Lizbonie, dzięki czemu równie często, jak przez turystów, są również używane przez mieszkańców. My jedziemy w stronę cmentarza Prazers.

Idąc od cmentarza Prazers przechodzimy długi odcinek wzdłuż wybrzeża rzeki Tag. Możemy tutaj spotkać dużo miejscowych uprawiających sport: biegających, jeżdżących na rolkach czy rowerach.

Po długim spacerze dochodzimy do Pomnika Odkrywców. Upamiętnia on portugalskich marynarzy, odkrywców, nawigatorów, misjonarzy czy naukowców, tak mocno związanych z tym miejscem.

Pomnik ma kształt rozbijającego się o fale okrętu z wydętymi żaglami. Na dziobie okrętu stoi dumny Henryk Żeglarz, który w jednej ręce trzyma mapę świata, a w drugiej model karaweli. Z obu stron, za Henrykiem Żeglarzem, tłoczą się twórcy kolonialnej potęgi Portugalii – nie tylko żeglarze i odkrywcy, ale również królowie, rycerze i misjonarze.

Po stronie wschodniej zobaczymy zatem m.in. Vasco da Gamę – podróżnika, który jako pierwszy dopłynął z Europy do Indii, Alfonsa V Afrykańczyka – króla Portugalii, Pedro Alvaresa Cabrala – odkrywcę Brazylii, Ferdynanda Magellana – żeglarza, który jako pierwszy opłynął Ziemię, Bartolomeu Diasa – żeglarza, który jako pierwszy opłynął Przylądek Dobrej Nadziei, a także np. Franciszka Ksawerego – jezuickiego misjonarza. Po zachodniej stronie pomnika znajdują się natomiast m.in. figury Luísa de Camõesa – słynnego renesansowego poety, twórcy portugalskiego eposu narodowego „Luzjady”, Pedro de Escobara – rycerza i żeglarza, a także np. Fernão Mendesa Pinto – znanego odkrywcy i pisarza.

Idąc dalej wzdłuż rzeki natkniemy się na najbardziej znany zabytek Lizbony Wieżę Belem, czyli Torre de Belem. Pierwotnie spełniała ona militarne role. Jest  jedyną zachowaną do dziś budowlą wzniesioną całkowicie w tzw. stylu manuelińskim, charakterystycznym dla tego regionu. Była punktem orientacyjnym dla wracających do ojczyzny żeglarzy i symbolem morskiej potęgi Portugalii. W okresach późniejszych pełniła funkcję więzienia. W wyniku wielkiego trzęsienia ziemi z 1755r. budowla przeniesiona została ze środka rzeki w obecne miejsce.

Belem – to dzielnica, w której łapie się oddech po krętych, wąskich i stromych uliczkach Lizbony, które dominują w innych miejscach. Przestrzeń, zieleń, nutka nowoczesności, zabytki. Jeżeli chodzi o zabytki , to w tej dzielnicy numer jeden to Klasztor Hieronimitów. To zabytek wpisany na Listę UNESCO zbudowany został w stylu manuelińskim na cześć słynnego odkrycia drogi morskiej do Indii przez Vasco da Gamę. Po zakończeniu budowy, która trwała około 100lat klasztor został oddany duchownym – hieronimitom, stąd jego nazwa. Hieronimici mieli modlić się i swoją duchowością oraz pobożnością ochraniać ludzi morza. Klasztor ten został tak stabilnie zbudowany, iż przetrwał trzęsienie ziemi, które nawiedziło Lizbonę.

Będąc w Belem nie można pominąć najsłynniejszej cukierni w Lizbonie, która również jest bardzo blisko klasztoru. To w tym miejscu skosztowaliśmy najsmaczniejszych i najsłynniejszych w całej Portugalii  pastel de nata, czyli zapiekanych ciasteczek/babeczek na ciepło wypełnionych słodką masą jajeczno-budyniową. Ciasteczka posypuje się cynamonem. Palce lizać! Mimo, iż w miejscu tym jest bardzo tłoczno i niestety na wolny stolik się nie załapaliśmy warto kupić ciasteczka na wynos. Właściwie w czasach pandemii to polecany sposób konsumpcji.

Wracamy do centrum Lizbony do dzielnicy tranwajem.

Zaczynamy spacer po Lizbonie jak najbardziej “klasycznie”, czyli na Praça do Comércio. Kiedyś w tym miejscu znajdował się portugalski pałac królewski, ale został on doszczętnie zniszczony w trzęsieniu ziemi. Na środku Praça do Comércio jest pomnik króla Józefa I, właśnie za jego czasów trzęsienie miało miejsce.

Rozglądamy się chwilę po placu, pod arkadami budynków, wzdłuż rzeki. Potem przechodzimy pod wielkim łukiem niby-triumfalnym u szczytu Praca do Comercio, na ulicę Rua Augusta. Na szczyt tego łuku można wejść!

Rua Augusta oraz plac Rossio to ścisłe centrum miasta, w którym jest dużo knajp, sklepów i innych rzeczy które interesują turystów, natomiast my skręcamy zaraz za łukiem w prawo, bo mamy w planach zwiedzenie  Alfamy! A jako, że w tej dzielnicy urodził się Święty Antoni, to do jego kościoła kierujemy się w pierwszej kolejności. Antoni jest w Portugalii patronem nowożeńców, więc co roku w dzień jego śmierci, trzynastego czerwca, odbywają się w kościele masowe wręcz śluby, bo przynosi to szczęście młodym parom. Jest taki zwyczaj. Jeżeli stojąc przed pomnikiem św. Antoniego uda ci się rzucić monetę na otwartą księgę, którą w dłoni trzyma patron nowożeńców, będziesz miała szczęście w miłości.

Za kościołem Antoniego stoi lizbońska katedra Sé, zbudowana na miejscu wcześniejszego… meczetu.

Teraz wchodząc w rejony starej części Lizbony tzw Alfamy oddajemy się jej klimatowi. Tutaj chodzimy, spacerujemy, błądzimy. Wchodzimy śmiało w zaułki, siadamy w knajpach jedząc lody, szukamy swoistych uliczek, parków, przysiadamy na ławeczki. Taka jest Lizbona. Bardzo nam się spodobała. Inna niż polecana przez bilbordy, poradniki czy przewodniki. Inna niż opisywali ci znajomi. Taka twoja. Z zapachem miasta, z jego muzyką, lekkim zawirowaniem na uliczkach, gdy okaże się. że straciłaś poczucie czasu. To jest moment na aktywnie gubienie się w Alfamie! Jest to stara, średniowieczna dzielnica która zaskakująco dobrze zachowuje ten specyficzny klimat i urok. Ludzie siedzą na ulicach na drewnianych krzesłach, starsze panie w kwiecistych bluzkach rozwieszają pranie, a potem gapią się na turystów. Dzieciaki biegają po ulicach – a to wszystko w wąskich uliczkach, między zabytkowymi domami. Ozdobne azulejos, nadają charakter tej zatrzymanej w czasie stolicy. Zatrzymujemy się przy najsłynniejszym (i najsłoneczniejszym) punkcie widokowym w Lizbonie, miradouro 1 Portas Do Sol. Podziwiamy dachy tej stolicy i całą Alfamę. Pięknie! Aż chce się tu zostać.

Tam odpoczywamy, słuchamy chwilę muzyki jednego z grajków. Obok jest muzeum płytek azulejos, ale szczerze: na murach Lizbony są lepsze kafelki. Zanim pójdziemy na zamek św. Jerzego, obowiązkowo przechodzimy jeszcze do drugiego punktu widokowego tuż obok, miradouro de Santa Luzia osłoniętego winoroślami.

Zamek św. Jerzego. Jest to stara twierdza, niestety przez lata zaniedbywana, nie znajdziemy tam żadnego muzeum. A szkoda. Oferuje on jednak naprawdę fajne widoki na miasto. Jest symbolem tego miasta .Z tego gotyckiego kościoła pozostały jedynie ruiny ale jest bardzo popularnym miejscem dzięki swojej aurze tajemniczości.

Trochę już czas nas zmusza do tego by wrócić się do centrum, ponieważ wieczorem wracamy do Faro. Zatrzymujemy się jeszcze w centrum przy  słynnej XIX-wiecznej windzie Santa Justa, dlatego że nie mamy jeszcze dość widoków na miasto. Wjazd windą na jej wyższy poziom kosztuje (tam i z powrotem) 5,15 euro, ale można również wejść na jej platformę widokową od strony Largo do Carmo (wejście na platformę kosztuje 1,5 euro).

Współcześnie winda Santa Justa działa prawie 16 godzin dziennie, siedem dni w tygodniu, a jedna z dwóch kabin z drewna i mosiądzu odjeżdża co kilka minut. Ich wygląd przywodzi na myśl styl lat dwudziestych. Wieża widokowa o wysokości czterdziestu pięciu metrów znajduje się w pobliżu placu Rossio. Santa Justa wygląda wyjątkowo elegancko, dzięki pięknym, stylizowanym, neogotyckim, łukowatym oknom.

Ze szczytu windy miałyśmy niesamowity, aczkolwiek częściowo ograniczony, nieco zasłonięty przez inne budynki widok na okolicę. Aby rozkoszować się nieskrępowaną panoramą musiałyśmy zdobyć dach wieży po bardzo wąskich, stromych schodach. Ale było warto.

Zachwytów nad pięknem Lizbony końca nie ma.
Jej nostalgiczna atmosfera, aura. która tutaj się unosi nad wąskimi, krętymi uliczkami Alfamy, przepyszne smaki portugalskiej kuchni, dżwięk i rytm miasta a także widok klatek z papużkami wśród powiewającego prania tworzy to coś co powoduje, że chcesz tu wrócić i poczuć to jeszcze raz. Lizbona ma w sobie magię! Ozdobne azulejos, nadają charakter tej zatrzymanej w czasie stolicy. 
Wieczorem wracamy do Faro z głową pełną kolorów, kolorów tego miasta. To one sprawiają że nie da się być pesymistą, więc za każdym razem, kiedy dopadać mnie będzie jesienna chandra będę wracać do tych barwnych zdjęć z naszych pażdziernikowych beztroskich dni.

Pisząc te wspomnienia i przeglądając zdjęcia z Portugalii przypominam sobie te najpiękniejsze momenty np. kiedy spałyśmy na plażach, wsłuchując się w odgłosy oceanu lub kiedy jechałyśmy na rowerze przed siebie, czując wiatr smagający nas po twarzy i promienie słońca, które opalało nam odsłonięte ciała. Pamiętam jak wspólnie kąpałyśmy się w oceanie i tańczyłyśmy wieczorem na patio jednego z wynajętych domów, zapominając o całym świecie, czując się jak beztroskie dziewczynki. Pamiętam też zapach i smak Pastel de Natana kiedy codziennie zaglądałyśmy do kawiarenek oferujących na śniadanie te słodkie babeczki. Przed oczami mam obraz przepięknego zachodu słońca na jednej z plaż i nocleg w namiocie gdzie prawie zamarzłam. Przypominam sobie uśmiechy ludzi, których spotykałyśmy, nasze długie rozmowy podczas spacerów wzdłuż rzeki, i nasze zachwyty nad każdym „wykafelkowanym” budynkiem. Portugalia mnie zauroczyła swoją prostotą i niebywałym pięknem. Na pewno wrócę tu, by jeszcze raz zobaczyć i poczuć jaj klimat.

Do zobaczenia w drodze:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *