Gór nie da się zdobyć, możemy na nie co najwyżej wejść. Właściwie dlaczego zdobywamy szczyty, te wszystkie ośmiotysięczniki czy nieco mniejsze, zupełnie małe? “Ponieważ istnieją” powiedział kiedyś himalaista George Mallory wybierając się w kolejną wyprawę na Mount Everest. Właściwie nie musimy jechać w Himalaje aby poczuć magię gór. Ktoś, kto poczuł ich moc, kto zanurzył się w ich ogromnej, nie do ogarnięcia przestrzeni nie musi się długo zastanawiać czy siedzieć w fotelu przed telewizorem czy wspiąć się na kolejny szczyt. W naszym kraju mamy dużo możliwości, duży wybór pasm górskich. Są bardzo znane i chętnie odwiedzane, ale są też takie, które nie są dobrze znane. Dzięki temu mogą nam zaoferować ciszę, spokój i samotność których tak czasem potrzebujemy.

“W ciągu miesiąca intensywnego życia w górach przeżywa się tyle, co zwyczajnie w czasie kilku lat; to jest zajęcie dla ludzi zachłannych na życie – życia człowiekowi jest za mało.” Jerzy Kukuczka

Góry zimową porą nie muszą być ekstremalną wyprawą. Wymagają większych przygotowań. Podstawa to kondycja. Wiem, brzmi znajomo. Jednak jeżeli weźniemy pod uwagę, że chodzenie w śniegu, nawet ubitym, męczy bardziej niż wędrówka po suchym lub błotnistym szlaku powinniśmy mieć więcej siły. Zwłaszcza, ze zimą dzień jest krótszy, a poruszanie się w mroku lub w ciemnościach bywa trudne.

Podczas zimowego wyjścia w góry bardzo ważna jest też odpowiednia odzież. Najlepiej ubierać się warstwowo, kompletując trzy niezbędne warstwy. Pierwszą będzie dobra bielizna termoaktywna odprowadzająca pot od ciała. Dobrze sprawdzi się wełna merino. W drugiej warstwie wkładamy coś cieplejszego – na przykład popularny polar. Można też założyć lekką kurtkę z wypełnieniem syntetycznym, takim jak Primaloft lub Polartec. Ocieplacze syntetyczne nie boją się wilgoci, dobrze oddychają i dają niezrównanie lepszą izolację. Niezbędne będą też dobre spodnie: wygodne, ciepłe, wyposażone w dobrą powłokę hydrofobową. Tu najbardziej odpowiednie okażą się produkty z tkaniny softshell, które są w miarę nieprzewiewne i lekkie. Oczywiście dobre rękawice i ciepła czapka, to podstawowy element zimowego ekwipunku.

Za oknem zima. Większość ludzi woli grzać kości przy kominku. Są jednak i tacy, jak ja, którzy nie boją się wyjść na mróz, porzucić miejski zgiełk i udać się w teren na spotkanie z naturą i wędrować po górskich stokach wchłaniając zimowy krajobraz.

Góry Izerskie rozciągają się na terytorium dwóch państw – Polski i Czech. Choć to pasmo mniej odwiedzane, to w górach tych kryje się wiele atrakcji. Gdy spojrzeć od Zachodu to jest pierwsze pasmo górskie w Polsce. Ciągną się od Świerardowa Zdroju do Szklarskiej Poręby. Większa ich część leży po Czeskiej stronie, ale i po naszej stronie leży spory kawałek. Góry Izerskie zajmują około 1 tys. km2, z czego polska część to „zaledwie” 400 km2. Granicę pomiędzy naszymi krajami wyznacza rzeka Izera (na około 15 kilometrach). To właśnie ona dała nazwę całemu pasmu górskiemu. Nazwa pochodzi od celtyckiego słowa isiras, co można tłumaczyć jako szybki, silny i bystry.  Po czesku rzeka nazywa się Jizera, a samo pasmo górskie Jiserskie hory.

Ale zacznę od początku.

Dzień pierwszy

Ruszamy ze Świerardowa Zdrój z sankami wypełnionymi sprzętem, jaki jest nam niezbędny do spędzenia pięciu najbliższych nocy w namiocie. Każdy ma swój namiot, śpiwór, termos na jedzenie, na gorący płyn. Mamy ze sobą saperkę, stópbuty ( ochraniacze), rakiety na nogi, by nie zapadać się w śniegu, kijki, latarki czołówki.

Każdy ma jedzenie według swoich preferencji: liofilizowane dania, płatki, batony, czekoladę, kawę i herbatę. Ubranie niezbędne do przebrania się i zapasowe obuwie. Sporo tego a dodać muszę, że wioząc te rzeczy na pólkach czyli saniach im cięższy bagaż tym większy opór sanek.

Wjeżdżamy kolejką gondolową w Świerardowie Zdrój na Stóg Izerski 1107 m.n.p.m. To jeden z najwyższych szczytów Gór Izerskich położony na zachodnim krańcu.

Jest póżny wieczór godz. 20:00 na górze jest zdecydowania zimniej. Mocniej naciągam czapkę na uszy, zasuwam kurtkę szczelnie, zapinam sanki do szelek z plecaka i ruszam odbijając się kijkami zdecydowanie i żwawo. Jest fajnie, pomyślałam idąc w stronę Stogu Izerskiego. Stawiam niemrawo stopy krok po kroku. Mam założone rakiety do butów a to nie lada wyczyn utrzymać tempo pierwszego wytrawnego piechura. Dam radę- pomyślałam i nieco przyspieszyłam. Droga właściwie od samego początku pnie się w górę. Śnieg na trasie nie jest wydeptany, przecieramy więc szlak, głęboko zanurzają się nasze kijki w śniegu. Tylko dzięki rakietom na stopach nie zapadamy się w białym puchu. Im dalej, tym bardziej odczuwam zmęczenie. Tętno przyspiesza, oddech staje się szybki i płytki, brakuje mi tchu w klatce piersiowej. Bagaż, który dosyć mocno stawia opór na niewydeptanej drodze znacznie utrudnia poruszanie się do przodu. Trudno mi utrzymać tempo wytrawnego piechura górskiego, który z każdą sekundą oddala się ode mnie. Oglądam się za siebie. Z tył ekipa zwolniła. Zatrzymuję się na chwilę. Biorę kilka głębokich oddechów, usuwam z umysłu trudne myśli i ruszam do przodu. Droga stała się łagodniejsza. Do celu mieliśmy 3 km.

Treking w górach nie ułatwiała noc. Jest 21:45 i widoczność dookoła znacznie ogranicza poruszanie się do przodu. Przekraczając granicę polsko- czeską zatrzymujemy się na krótki odpoczynek.

W końcu docieramy do miejsca, gdzie możemy rozbić namioty. Przed nami płaska powierzchnia otulona dużym puchem śniegu. Tu stanie nasz obóz. No ale łatwo powiedzieć ale trzeba zabrać się do pracy. Jest 22:30. Najpierw mozolnie krok po kroku wyrównujemy teren pod nasze obozowisko. W tym celu udeptujemy nogami z rakietami dosyć sporą przestrzeń. Teraz trzeba wyciągnąć namiot z sanek. Mimo, że ręce mamy zziębnięte ściągamy rękawiczki- trudno rozbijać namiot w rękawicach, gdzie w wąskie tunele trzeba włożyć szkielet wykonany z cienkich rurek. Na koniec obsypujemy namiot, jego fartuch śniegiem by był stabilny. Namiot do biwakowania zimą powinien posiadać fartuchy śnieżne, które po rozłożeniu obsypujemy śniegiem. Dzięki nim namiot nie jest podwiewany, a w jego wnętrzu można uzyskać nieco przyjemniejszą temperaturę. Trzeba zadbać o dobrą izolację od podłoża. Najlepsze będą lekkie materacyki lub maty samopompujące.

Szybko urządzam swoje gniazdko, wkładając potrzebne rzeczy, wszak noc będzie zimna. Jest już po 23:00. Zmęczona, pełna emocji po wymagającym dniu usypiam wtulona w śpiwór.

Dzień drugi

Rano niczym skowronek wiosenną porą wstaję o świcie. Hej przygodo! Chciało by się krzyknąć. Okolica jest przepiękna. Otulone drzewa miękkim puchem robią całą robotę. Dzień zapowiada się pięknie, mimo, że słońce jeszcze ukrywa się za chmurami.

Powoli z kolejnych namiotów wyłaniają się pozostali uczestnicy wyprawy. Każdy z uśmiechem na twarzy rozgląda się po okolicy. Dziwna grupa wariatów. Śpią w zimę w namiocie zamiast w wypasionym hotelu z basenem, spa i ciepłymi posiłkami i wstają szczęśliwi i uśmiechnięci. Dlaczego? Co powoduję, że odczuwam szczęście w takim momencie? Poczucie szczęścia zależy od wielu czynników. Najważniejszym z nich jest świadomość, że to my
sami kreujemy naszą rzeczywistość. Przeważnie poprzez nasz styl życia: zachowanie, przyzwyczajenia, to w jaki sposób dbamy o siebie, o swoje ciało i ducha. Zauważyłam, że pośpiech towarzyszy mi codziennie. Śpieszę się do pracy, do domu, do sklepu, fryzjera, babci…. Często zapominam o krótkiej chwili dla siebie. I nie chodzi tu o krótką przerwę na kawę w papierowym kubku, wypitą w drodze czy drzemka między sprzątaniem a gotowaniem obiadu. Bardziej mi chodzi, że nie mam czasu aby zrobić sobie przystanek na radość, na uśmiech do samej siebie. Na przestrzeń, którą zadedykuję sobie i swojemu wewnętrznemu JA.
Taką chwilę na naładowanie baterii i odprężenie. Mogę spać w namiocie, pod skałą. Nieść ciężki plecak na plecak, który przy byle okazji przeklne, kąpać się w zimnej, lodowatej wodzie i wspinać się na wysokie góry ledwie łapiąc tchu. Mogę być zmęczona i wykończona, ale to będzie pozytywne zmęczenie. A z czasem jak ochłonę i zerknę na ten dzień, to wiem, że tak wygląda szczęście.

Nieśpiesznie pakujemy się. Składamy namiot i idziemy dalej zaledwie 500 metrów do wieży, gdzie korzystając z małego pomieszczenia możemy zjeść śniadanie.

Po dojściu na miejsce rozglądam się szukając żródła wody. Okazuję się, że przez najbliższe 5 dni wodę będziemy pozyskiwać ze śniegu. Bez jakichkolwiek wątpliwości napełniam jetbolla śniegiem przyniesionym na saperce i gotuje wrzątek by zalać aromatyczna kawę.

Kawa jest moim ulubionym napojem. Zdaniem wielbicieli kawy używka ta subtelnie wyostrza nasze zmysły i pozwala lepiej skoncentrować się na szczegółach. Być może więc kawę jako ulubiony napój wybierają częściej te osoby, które po prostu mają naturalny dar postrzegania pozazmysłowego? Jej magiczny smak w tym wydaniu miło zaskakuję i daje niesamowitego kopniaka na początek dnia. A zapowiada się piękny dzień. Idziemy dzisiaj w stronę Smreka a następnie kierujemy się w stronę Osady Górskiej Jizerka(po stronie Czeskiej).


Po śniadaniu i pysznej kawie ruszamy dalej.

Kierujemy się w stronę Palićnika. Trasa prowadzi między drzewami w dół. To niezła okazja, żeby usiąść na swoje sanki i zjechać w dół. Przyznam szczerze, że manewrowanie między rosnącymi drzewami nie jest łatwe, ale wprowadza nieco dreszczyku emocji i pozwala na obudzenie w sobie dziecka i szczerej i beztroskiej radości. Paličník( 944m.n.p.m) to jeden z kilku imponujących punktów widokowych w okolicach Hejnic i Bilego Potoku. I robi chyba najlepsze wrażenie ze wszystkich. Ogrom przestrzeni i powietrza pod nogami przyprawa o miłe dreszcze nawet największych malkontentów.

Na Palićniku znajdują się wyjątkowej urody granitowe skały. To miejsce jest przede wszystkim wybitnym punktem widokowy, położonym na zachodnim skraju Klínovego vrchu.

Wejście na skały ułatwiają tutaj, klamry i drabinki, a na wierzchołku zamontowane są zabezpieczenia, aby nie doszło do nieprzyjemnych w skutkach wypadków. Punkt widokowy znajduje się na szczycie dwóch potężnych głazów połączonych drewnianym mostkiem.

Skały na Paličníku są także celem dla wspinaczy a nie tylko dla turystów. Mają wyjątkowy charakter, ponieważ dzika przestrzeń i rozległe otoczenie wpływają dodatkowo na pozytywne doznania podczas tej formy aktywności górskiej.  

Z  Palićnika dochodzimy przez rozdroże Pod Klínovým vrchem i Na Pisčinach, do rejonu, w którym znajdują się tabliczki informujące o strefie granicznej i źródłach rzeki Izery (Pramen Jizery). Jest tutaj drewniana, zadaszona wiata gdzie zatrzymujemy się na odpoczynek i ciepły posiłek, przygotowany na bazie śniegu.

Po doładowaniu akumulatorów ruszamy dalej w stronę Pytlickie kameny.

Poruszamy się krok za krokiem. W ciszy. Każdy z własnymi myślami, ż własnymi intencjami przemierza kolejny odcinek trasy. Cisza potrafi całkowicie odmienić postrzeganie gór i potęgi natury. Jakby nie patrzeć, gromki śmiech i rozmowy rozpraszają nieco, co utrudnia utrzymać równowagę z naturą i panującym tu spokojem. Czasami wędrowanie w dużej grupie przeradza się w wycieczkę, podczas której skupiamy się na jej uczestnikach i relacjach panujących w grupie. Oprawa jest piękna, a krajobrazy nie uchodzą naszej uwadze, ale jednak schodzą na dalszy plan.

Wyciszenie – tu chodzi mi o ciszę wewnętrzną, która pojawia się gdy tylko poskromimy chaos i wszelkie obawy w głowie. Podczas wędrówki w ciszy mam sposobność obcowania ze samym sobą, ze swoimi najgłębszymi myślami i emocjami, co w dzisiejszych czasach, wcale takie oczywiste nie jest. Można wtedy dojść do niesamowitych wniosków, do wielu spraw nabrać dystansu, wpaść na genialne pomysły i po prostu zwyczajnie w świecie się wyciszyć i odpocząć.

W górach dzień kończy się znaczne szybciej, niż w mieście. Więc zaczynamy rozglądać się za polanką, gdzie możemy rozbić nasze obozowisko. Po chwili udaje się i już każdy z nas po intensywnym dniu regeneruje się w swoim namiocie.

Usypiam jak małe dziecko. Towarzyszy mi cisza i spokój. W oddali słychać pohukiwanie sowy, a może to tylko sen….

Dzień trzeci

Kolejny dzień budzi nas zasypany śniegiem. W nocy padał dosyć intensywnie i zrobiło się wyjątkowo pięknie. Jest też znacznie trudniej, bo musimy sporo śniegu usunąć z namiotu i wokół.

Jednak ekipa jest cudowna. Nie ma mowy o narzekaniu i marudzeniu. Z uśmiechem na twarzy każdy przygotowuje sobie swoje śniadanie . Jest też czas na ulubioną kawę i coś do kawy….musi być. Kto nie pił kawy na wodzie ze śniegu, ugotowanej na kuchence, ten nie wie co stracił. Ten smak nie umiem porównać do żadnej z kawy wypitej do tej pory.

Po śniadaniu pakujemy swoje namioty i wszystkie rzeczy i idziemy dalej .Naszym celem dzisiaj jest Jizerka. Duża ilość śniegu nie ułatwia poruszania się do przodu, a założone na stopach rakiety dodatkowo zwalniają ruchy. Z oddali dość łagodna, z bliska jednak zaskoczyła mnie trasa iście diabelskimi podejściami. Muszę przyznać, że jak jestem wytrzymała na trasach, gdzie wymaga się ode mnie wytrzymałości to zaczynam coraz częściej się zatrzymywać, łapiąc powietrze do płuc i zwalniać przyspieszoną akcję serca. Jest ciężko. Przyznam szczerze, że w paru miejscach prawie odcięło mi tlen. Brakowało mi już takiego wysiłku. Świeży śnieg dodatkowo zatrzymuję nasze sanki, a droga staję się z metra na metr wznosić do góry. Na trasie nie możemy liczyć na piękne widoki. Wypatrujemy jednak potencjalnych okien widokowych w miejscach, w których wydaje się, że mogłoby widać okolice.

Droga czasami bywa trudna

Kolega przyczepia sanki koleżanki do swoich i z podwójnym obciążeniem przesuwa się do przodu. Już nie wiem co mi bardziej dokucza? Czy brak tchu w piersiach? Czy ból mięśni nóg? Czy może ból kręgosłupa? Widoki jakie nas otaczają są bajkowe. To rekompensuje mi ból, który przeszywa całe moje ciało.

Po około 2 godz. dochodzimy do grupy wzniesień utworzonych z ogromnych głazów – to Pytlackie kameny (975m.n.p.m)

Formację Pytlácké kameny tworzy grupa granitowych skał, z których rozciąga się piękny widok na cały grzebień Gór Izerskich. Są jednym z najbardziej znanych szczytów Gór Izerskich. Miejsce jest nazwane od kłusownika Hennricha, który miał pod nimi kryjówkę i który został niedaleko od nich w 1813 roku zastrzelony.

Pytlacke kameny- czas na odpoczynek

Korzystając z osłoniętego miejsca, zatrzymujemy się na gorącą herbatę i krótki odpoczynek. Przyjemnie tak otulać wzrok takimi pięknymi widokami. Natura tworzy arcydzieła, nic nie jest równie piękne jak góry w zimową porą. I mimo zmęczenia delektujemy się tymi widokami- było wato! Zawsze jest warto- nawet jak w czasie wędrówki zmagamy się z bólem i zmęczeniem. Tym bardziej warto dla tych widoków.

Góry i wspinaczki górskie zimową porą są nie lada wyzwaniem dla turysty. Od wieków były źródłem inspiracji, momentem wytchnienia, zapomnienia i refleksji nad swoim życiem. Wywoływały i nadal wywołują lęk, trwogę ale również szacunek.  Góry Izerskie swoją rozległością i pięknymi trasami potwierdzają to wszystko.

Idziemy dalej do przodu, do celu jakim dzisiaj jest Schronisko po stronie Czeskiej Pansky dum Pyramida we wsi Jzerka. Po kilku godzinach wędrówki opuszczamy leśny, górzysty teren i wychodzimy na polanę. Tutaj możemy już ściągnąć rakiety z nóg i poruszać się bez dodatkowego balastu. Chociaż rakiety, znacznie ułatwiają poruszanie się po głębokim śniegu to ściągając je czuję lekkość nóg. W oddali widzimy nasz cel na najbliższe godziny. Po kilku minutach jesteśmy na miejscu.Dotarliśmy tu drogą asfaltową, która prowadzi do Korenowa. Małe dróżki dla pieszych i biegowych narciarzy przecinają wieś w kilku miejscach. Nad osadą góruje dawny wulkan- tak wulkan Bukoviec 1105 m.n.p.m. Na wulkan prowadzi mająca ok 6 km ścieżka dydaktyczna. Architektura tej osady robi na nas wrażenie. Czarno- białe fasady tutejszych budynków kontrastują z otoczeniem i tworzą nostalgiczny krajobraz. Ma się wrażenie, że czas się tutaj zatrzymał.

Knedliczki z jagodami i bitą śmietaną- jestem w niebie…

Po zapełnieniu brzuszków i wysuszeniu rękawiczek i czapek opuszczamy z żalem to urocze i smaczne miejsce.

Opuszczmy nasz pyszny przystanek

Osada Jizerka położona jest na rozległej łące na prawym brzegu Izery, tuż przy granicy z Polską. Działała tutaj huta szkła założona w 1828 r. oraz druga założona w 1866 r. w których produkowano m. innymi szkło dmuchane. Zamknięto je w 1911 r. Produkcja szkła znacznie przyczyniła się do rozbudowy tego miejsca. Wystarczy przyjrzeć się stojącym tu budynkom i ich pierwotnym przeznaczeniem. Była tutaj stara huta, nowa huta, szlifiernia szkła, dom właścicieli huty. Miejsce ściśle związane z produkcją szkła.

Poruszając się między starymi budynkami, mijając je być może bezpowrotnie zdałam sobie sprawę, że biorę udział w jakiejś historii, historii która ma dla mnie miejsce teraz, a tworzyli ją ludzie mieszkający i pracujący tutaj. Są symbolami ich życia, często tragedii i trudu związanego z ciężką pracą.

Wieś oprócz porozrzucanych budynków otoczona jest rozległym torfowiskiem ( rezerwat Reseliniste Jizerky) Na rozległych terenach określanych jako jedne z najbardziej urokliwych torfowisk możemy znależć takie gatunki przedstawicieli flory jak: brzoza karłowata, która w Polsce występuje tylko w trzech miejscach, kosodrzewina, oraz objęte ochroną rosiczki, turzyce czy wełnianki. Muszę dodać, że torf wydobyty z Hali Izerskiej był wykorzystany do kąpieli leczniczych w Uzdrowisku w Świerardowie Zdróju.

Mijając osadę idziemy cały czas wzdłuż rzeki Izerki, która płynie po naszej lewej stronie. Oprócz pięknych widoków na gęsty izerski las z wąwozem z płynącą rzeką możemy liczyć na olbrzymią dawkę świeżego powietrza. Trasa ponadto jest urozmaicona. W oddali bardzo dobrze widać Karkonosze.

Po godzinie dochodzimy do mostu.

Mostem już w XVII w przeprawiali się czescy protestanci ( Bracia Czescy) prześladowani na tle religijnym, którzy szukali schronienia w górach i prawdopodobnie przerzucili tu kiedyś drewnianą kładkę. Po wielkiej powodzi w 1899 r., która zniszczyła przeprawę wybudowano nowy, żelbetowy most otwarty w 1901 r. Po roku 1945 most został zamknięty. Dopiero ponowna przebudowa mostu i oficjalne otwarcie w 2005 r pozwoliło na przejście graniczne w tym miejscu.

Spokojnym tempem przejście odcinka do Schroniska Orle zajmuje nam około 1,5 godziny. Mijamy dwa budynki dawnej straży WOP. W jednym z nich możemy znależć noclegi. W oddali ukazuje się naszym oczom piękny zabytkowy budynek osadzony z dala od domostw, dający odpoczynek i dobre jedzenie przypadkowemu turyście i wędrowcowi.. Przed budynkiem znajduje się kilka stolików i ławek, by usiąść i odpocząć.

Orle było kiedyś hutniczą osadą. Początkowo nazywało się ” Carlsthal” na cześć właściciela okolicznych terenów Karla Schaffgotscha i składało się z kilku domów ( około 8) w których mieściły się piece hutnicze do produkcji szkła. W najlepszym okresie produkcyjnym pracowało tutaj 100 osób. Bliskość surowców ( kwarcu, drewna i wody) niestety nie zapewniła płynności i opłacalności produkcji, ze względu na duże koszty transportu z tak odległego miejsca. Huta w 1890 r została zamknięta. Do dzisiaj pozostały niektóre budynki. Niestety budynek huty został rozebrany.

Tereny starej huty szkła

W Schronisku pijemy gorącą herbatę, zjadamy jajecznicę, chwilę odpoczywamy i ogrzewamy się. Zaczyna już zapadać zmrok a my po kilkunasto kilometrowym trekingu marzymy tylko o jednym, by położyć się już w swoim namiocie, który już bez problemu rozkładamy na polanie nieopodal Schroniska.

Dzień czwarty

Budzę się i ogarnia mnie niesamowity spokój. Każdy z nas zna to kojące uczucie spokoju, które ogarnia prawie natychmiast człowieka gdy zanurza się w leśną gęstwinę, a do uszu dobiega szum pobliskiego strumyka.

Góry miejsce trochę tajemnicze, czasem trochę straszne, ale częściej przyjazne i dające schronienie. To w takich okolicznościach mogę się wyciszyć, wzmocnić i zbudować zaufanie do siebie. Wszyscy jesteśmy narażeni na wpływ negatywnych aspektów współczesnego stylu życia. Stąd popularność takich produktów i zjawisk opisanych często słowem “eko”, “slow”. Często wynika to z mody lub z chęci bycia trendy i wówczas trudno tutaj mówić o dobroczynnym wpływie na człowieka. Niestety nie dostrzegamy rzeczy, które nas otaczają , które pozwalają w naturalny sposób dać wytchnienie i radość. Natura w naturalny sposób działa na psychikę, działa odprężająco i pozytywnie wpływa na nasz mózg. Dlatego cieszę się, że nie tylko czytam ale korzystam z uroków jakie daję nam matka ziemia. Przeciągam się w ciepłym śpiworze i nasłuchuję odgłosów natury….Jest pięknie.

Słonce rozświetla naszą polanę. Wstajemy nie śpiesząc się nigdzie, pozwalamy sobie na cieszenie się chwilą, na leniwe przeciąganie się i przygotowanie śniadania. Dzisiaj mamy dzień, który spędzimy na spacerach po okolicznych terenach, eksplorowaniu miejsca. Dopiero wieczorem będziemy wędrować dalej.

Bajkowy krajobraz

Z naładowanymi akumulatorkami wracamy do bazy. Pakujemy swoje plecaki, namioty i cały ekwipunek i ruszamy w stronę Hali Izerskiej, by docelowo dotrzeć do Chatki Górzystów.

Hala Izerska to dolina górnej Izery, przecinająca dwa grzbiety pasma gór Izerskich: Wysoki i Średni. Jej specyficzne ukształtowanie i lokalizacja powoduję – iż jest to jedno z najzimniejszych miejsc w Polsce, również w lecie. W lipcu w 1996 r odnotowano tu temp. – 5 stopni. Natomiast w grudniu tego samego roku temp. spadła do -36,6 stopni. Takie niskie temp. połączone z intensywnymi opadami przez cały rok powodują, że panują tu bardzo surowe warunki klimatyczne. Może więc zdziwić fakt, że pomimo tak złych warunków klimatycznych na Hali Izerskiej istniała dosyć spora osada. Nosiła nazwę Wielka Izera i była założona przez uchodżców polityczno- religijnych z habsburskich Czech. Dziś po osadzie zostały tylko nieliczne ślady w postaci kamiennych fundamentów. Na szczęście jedynym z ocalałych budynków, który miał szczęście przetrwać do naszych czasów jest dawna szkoła, z której powstało chętnie odwiedzane Schronisko Górzystów.

Do Chatki Górzystów docieramy już wieczorem.

Chatka Górzystów

Schronisko Chatka Górzystów to miejsce gdzie czas się zatrzymał. Miejsce bez prądu, z klimatem palących się świec, z książkami zapełniającymi olbrzymie regały. Jest też kominek i miejsce na ognisko- można pograć na gitarze i pośpiewać z przyjaciółmi. A ja muszę się przyznać, ze od czasu gdy usłyszałam o serwowanych w schronisku najlepszych naleśnikach z jagodami w górach, nie mogłam się doczekać, kiedy będę mogła spróbować tego specjału. Naleśnik kosztuje 20 zł i jest ogromny. Mówi się, że dwie osoby mogły by sobie pojeść. Ale ja wiem jedno- jak dostałam ten smakołyk to nie miałam zamiaru z nikim się dzielić. Jest pyszny!!!

Na zewnątrz niebo zaczynąło nabierać barw, malowało kolorem niebo. Iskry płonącego kominka i blask świec przyjemnie nas ogrzewał.

Piękne są te momenty, godzinę przed zachodem słońca. Natura wówczas się wycisza, ptaki przestają śpiewać, wokoło robi się coraz spokojniej. Jest coś urokliwego we wczesnych wieczorach, zwłaszcza w górach. Kiedy słońce jeszcze nie zaszło, ale dzień już się skończył. Już czuć wieczór, a jeszcze jest widno. Ogarnia mnie wtedy nostalgia.

W Schronisku cieplutko a my wytrwale pomimo, że były miejsca noclegowe rozbijamy swoje namioty nieopodal na polanie. Jest – 10 stopni na zewnątrz. Palce marzną od mrozu, stają się sztywne, nieporadne. Jak tu rozłożyć namiot, jak zrobić to sprawnie i szybko. Noc nie ułatwia zadania. Małe żródło światła oświetla tylko miejscowo. Tunel w namiocie malutki, prowadnice przymarzają do rąk. Mimo to wymieniając się dobrym słowem, z radością cieszymy się z chwil, które mimo, że trudne, dają powiew wolności.

Dzień piąty

To była najzimniejsza noc jak do tej pory. W nocy wiał dosyć mocno wiatr i padał marznący deszcz. Budził mnie w nocy odgłos uderzanych linek od namiotu w tropik. Nasłuchiwałam chwilę czy to jakieś zwierzę się nie zbliża do nas czy tylko wyobrażnia podpowiada mi ten scenariusz. Z ulgą powitałam świtający dzionek. Wstaliśmy o 05:00 by spokojnie wyruszyć o 06:00 dalej. Składanie namiotu nie należało do łatwych i przyjemnych. Ostre, mrożne powietrze w płucach, dookoła zamarznięte połacie śniegu. Przemarznięte prowadnice od namiotu, sztywny materiał i zamarznięty śnieg wokół namiotu obsypany dookoła sprawiał nam nie lada wyzwanie. Było trudno ale uporałyśmy się dosyć sprawnie z tym. Satysfakcja z samozaparcia, żeby spać konsekwentnie pod namiotem dawała poczucie, że jesteśmy Wielcy! Śniadanie przy świecach przy wstającym dniu – milo rozpoczęty poranek.

Z żalem opuszczamy to cudownie urokliwe z fajnym klimatem miejsce. Na zewnątrz wiatr ostro smaga nas po twarzach, rzuca kłębami śniegu tworząc zawirowania. Nie bez powodu nazwane jest to miejscem polskim Sybirem. Zbieramy trochę z żalem nasze sanki i cały sprzęt i wychodzimy na szlak w stronę Świerardowa Zdrój.

Mrożny poranek-a my żegnamy się z tym uroczym miejscem

Przed nami kilka km do miejsca gdzie kończy się nasz trawers po Górach Izerskich. Powoli metr po metrze poruszamy się do przodu. Z uważnością rozglądamy się wokół. To trochę z poczucia żalu, że kończy się nasz trawers, trochę z nostalgią, że czas biegnie tu tak szybko.

Idziemy w milczeniu, ze świadomością, że być tutaj jest dla nas darem. Każdy z nas ma inną definicję wypoczynku. Każdy też preferuje inne jego formy. Jedni preferują odpoczynek na leżaku i tzw. “nic nie robienie” a inni tak jak ja nabierają sił podczas wysiłku. Wchłaniam całą sobą ten czas, ten moment, czuję się rewelacyjnie po tych kilku dniach spędzonych w namiocie, w górach, bez wody, bez ciepła, bez zbędnych rzeczy, którymi otaczam się na co dzień.

Mijamy miejsca gdzie nadal nie poprowadzono elektryczności, gdzie internet jest nieosiągnięciem. Są to miejsca, nie oplecione jeszcze niewidoczną siecią linii telefonicznych, takie dziewicze tereny , nie skażone mediami. Jako ludzie wiele osiągneliśmy w dzisiejszym świecie: nauczyliśmy się chodzić po księżycu, klonować materiał biologiczny, latać jak ptak. Niestety nadal mamy problem nad zachowaniem równowagi między ciszą a hałasem, między refleksją a agresją. W górach słychać tą ciszę. To tutaj czuję się szczęsliwa, tu odczuwam radość z zycia. Tak po ludzku. Zrozumie to każdy kto odnalazł w sobie jakąś pasję, kto się w niej realizuje. Po dłuższym czasie zaczyna mu tego brakować. Tak po prostu. Nosi go.

Ostatni zjazd na sankach, ostatnie okrzyki beztroskie jak dziecięca szczera radość i już jesteśmy na dole, w miasteczku , gdzie kończy się nasza przygoda.

“Chodzi o to, że jedni przez całe życie śnią o przygodach a inni, pewnego dnia podnoszą wzrok znad książki, wstają z fotela i wyruszają na spotkanie swoich marzeń”

Może to zbyt górnolotne stwierdzenie, ale czuję, że po takich wyprawach czuję, że latam, że biegnę, że mogę wszystko. Marzyłam o takim wyjeżdzie i to się dzisiaj spełniło. Ani mróz, ani wiatr, a tym bardziej trudne podejścia nie sprawiły, że nawet przez chwilę zawahałam się, odpuściłam, przeklinałam, zadawałam sobie pytanie po co? dlaczego to robię?

“-Jakie masz plany wobec siebie, Ed? – spytałem- Bo ja wiem- odparł- idę przed siebie. Załapuję się na życie”

” Sal, musimy iść przed siebie i nie przestawać, dopóki tam nie dojdziemy- A dokąd idziemy, stary ?- Nie wiem, ale musimy iść”

Jack Kerouac ” W drodze”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.